piekutowski - komentarze

[strona główna]

[dodaj komentarz]

Zołzy, zołzy, zołzy!
Na blogu Marcina od Miłości pojawił się ciekawy temat.  Otóż ze względu na popularną ostatnio książkę pt. „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”, rozgorzała dyskusja na temat zołz.
Samo słowo jest dość paskudne i wskazuje, zgodnie ze słownikiem PWN, na kobietę kłótliwą i dokuczliwą, jednakże komentatorka S33 stwierdziła, że "zołza" to "super babka stosująca reguły atrakcyjności...”. Te reguły zostały też wymienione poniżej:

1. Zachowuje swoją niezalezność.
2. Nie ugania sie za nim.
3. Jest tajemnicza.
4. Zostawia go z poczuciem niedosytu.
5. Jest przy nim zawsze opanowana.
6. W pełni dysponuje swoim czasem.
7. Zachowuje poczucie humoru.
8. Ceni się wysoko.
9. Ma inne pasje poza nim.
10. Traktuje swoje ciało jak precyzyjnie wyregulowaną maszynę.

Przede wszystkim przerażające jest, jakoby atrakcyjność miała być związana z pewnymi "regułami". Należałoby się tu po pierwsze zastanowić, czemu ma służyć atrakcyjność. Tu chyba wszyscy się zgodzimy - przede wszystkim ma służyć przyciąganiu osobników płci przeciwnej. A więc - ma służyć miłości, zbudowaniu trwałej więzi z drugą osobą. Kobieta chce być atrakcyjna po to, żeby być kochaną, żeby znalazł się mężczyzna, który z nią będzie, który będzie ją podziwiać (a ona jego), pociągać, etc.

Żeby jednak zbudować głęboką więź, człowiek nie może udawać kogoś, kim nie jest. Szczerość bowiem w związku to podstawa, a każdą nieszczerość da się wyczuć, zwłaszcza, gdy dwoje ludzi jest ze sobą dłużej.

O żadnej szczerości nie może być natomiast mowy, jeżeli postępujemy według „reguł”. Podobnie jak autentyczna radość nie przyjdzie do człowieka przez żadne „afirmacje” i „pozytywne myślenie”. Dlaczego? Z prostego powodu. Afirmacje i pozytywne myślenie to domena głowy, umysłu, a prawdziwa radość to domena serca, domena naszej egzystencji, pełni, centrum. Żeby coś, co powtarzamy sobie pod nosem, przeszło z głowy do serca, potrzebne jest nasze pełne przekonanie do tego. I to nie przekonanie, które sobie wmówimy, ale które niejako samo przyjdzie do nas z zewnątrz, jako dar, przez różne zdarzenia, ludzi czy samego Boga. Ma rację Anna Maria Jopek, że szczęście „zjawia się/ gdy samo chce/ i gdy nikt za nim nie goni”. Jeżeli człowiek wmawia sobie coś, co jest nieprawdziwe, to na poziomie intelektu może w to uwierzyć, ale cały czas pozostanie na dnie zasypane serce, które nigdy nie uwierzy w kłamstwo, i co jakiś czas będzie się buntować.  Wyjątkowo tragicznym przykładem tego jest pewna polska pani psycholog, która pisała wiele książek na temat pozytywnego myślenia, afirmacji itp. włącznie z książką pt. „Seksualność sukcesu i pieniądza”. Jej książki „rozwiązywały” za pomocą prostych reguł wszystkie problemy. Ludzie, którzy ją znali, uważali ją za szczyt atrakcyjności i szczęścia. Rok temu powiesiła się.

Atrakcyjność działa na podobnej zasadzie, co radość czy szczęście. Jeżeli nie wypływa z serca, a tylko
z zestawu reguł, to jest niczym więcej jak przerażającym oszustwem, fałszem, który prędzej czy później wyjdzie na jaw. We własnym życiu niegdyś, w wieku szczenięcym (licealno-studenckim), też próbowałem nieraz, nawiązując relacje z dziewczętami, postępować wg reguł – być tajemniczym, próbować zachowywać się jak „słodki brutal”, uwodzicielsko itp. Szukałem po książkach regułek na to, „jak do niej mówić” itp. I zawsze oboje – ja i dziewczyna będąca „obiektem moich działań” mieliśmy poczucie, że coś tu nie gra, że oszukujemy się. Czasem chcieliśmy się oszukiwać, ale to nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a wręcz przeciwnie, do różnych potwornych uwikłań. Sztuczność i plastik dają się wyczuć na kilometr.

Teraz co do poszczególnych wymienionych cech:

1.Zachowuje swoją niezależność.

W tej regule widzę już kilka dziwnych zależności. O samej niezależności za chwilę. Otóż po pierwsze mamy w niej słowo „zachowuje”. Jeżeli coś się zachowuje, to tak, jakbyśmy musieli stale o to walczyć, i pilnować, czy nam nie ucieknie. To świadczyłoby o tym, że w relacji z mężczyzną wewnętrzna niezależność kobiety jest jakby ciągle zagrożona, i musi ona ciągle pamiętać o utrzymywaniu tej niezależności. To musi być sytuacja wyjątkowo dyskomfortowa, w której kobieta nie może być sobą, czuć się swobodnie. Osobiście w takiej sytuacji odradzałbym jakikolwiek związek, aż do znalezienia mężczyzny, przy którym kobieta nie musi myśleć ciągle o zachowywaniu czegokolwiek – mężczyzny, który np. nie będzie wykorzystywał w sposób bezczelny różnych momentów słabości.  Czyli takiego, który po prostu będzie kochał.
Inna sprawa to owa tajemnicza „niezależność”. Jak ją w ogóle rozumieć? To jest pytanie do S33, i tych kobiet, które podkreślają ową cechę. Na pewno wchodząc w jakikolwiek związek z drugą osobą tracimy niezależność do pewnego stopnia (i kobieta, i mężczyzna!). Jeżeli nie zgodzimy się na utratę tej niezależności, to nie będzie żadnego związku. Bo nie będzie zaufania, nie będzie oddania się drugiej osobie (zależność nie oznacza rzecz jasna uzależnienia!).

2. Nie ugania sie za nim.

Owszem, zaborcze uganianie się za drugą osobą nie prowadzi do niczego dobrego. Ale ta regułka jest zabójcza: jeżeli naprawdę całym sercem jesteśmy zakochani, jeżeli ktoś jest dla nas całym światem, to trudno się nie uganiać . I teraz pytanie: co może pomóc? Na pewno nie „stosowanie regułek”. Weźmy sobie kobietę śmiertelnie zakochaną w mężczyźnie. Przeczytała „10 reguł” i mówi sobie teraz: „nie będę się za nim uganiać”, po czym próbuje wdrożyć to napięciem i siłą woli. Następuje klasyczne tłumienie uczuć, bo serce chce się uganiać, a rozum nie...
Ponadto to „nieuganianie się” wg regułki może być dużo groźniejsze niż zwykłe uganianie się, gdyż kobieta w tym przypadku „nie ugania się” po to, żeby zdobyć dla siebie mężczyznę. Więc jej cel i stan serca jest cały czas taki sam: MUSZĘ mieć tego mężczyznę!!!
Co pomoże? Miłość. Do ukochanego, i – w mądrym zakresie – do siebie. Pokochać jego, żeby zrozumieć, że on potrzebuje przestrzeni, i że nie może być zwierzyną łowną. I pokochać siebie, spoglądając z łagodnością w swoje serce: co sprawia, że moje serce jest tak wygłodzone, że ja MUSZĘ mieć tego mężczyznę?

3. Jest tajemnicza.

A cóż to znaczy? Jakie dobro stoi za ową „tajemniczością” (to pytanie do piewczyń „tajemniczości”)? Owszem, czasem pewnych rzeczy nie należy za głośno gadać. Ale to wszystko musi mieć jakiś sens. Jeżeli uprawiamy tajemniczość dla tajemniczości, dla usidlenia drugiej osoby, to efekty są żałosne. Aktorstwo.

4. Zostawia go z poczuciem niedosytu.

Miłość nie jest wyrachowana. Daje tyle, ile może, i to, co jest dobre dla ukochanego. Nie należy tego rozumieć jako wykonywania wszystkich jego zachcianek, zwłaszcza tych złych i głupich. Ale jeżeli chciałbym dać coś ukochanej z całego serca, i zatrzymywałbym się w pół kroku, bo „muszę zostawić ją w poczuciu niedosytu”, to znaczy, że zabijam swoją miłość, blokuję ją.

5. Jest przy nim zawsze opanowana.

Czytaj: tłumi swoje uczucia, nie pozwala sobie na płacz, spontaniczny śmiech... Brawo. Gratuluję związku i ukochanej osoby. A poza tym jaka kategoryczność: ZAWSZE!
Ręce opadają.

6. W pełni dysponuje swoim czasem.

-Kochanie, potrzebuję Cię dzisiaj bardzo. Rozchorowałem się i chciałbym, żebyś ze mną posiedziała wieczorem.
- O nie. Posiedzę z Tobą pojutrze 15 minut, a dzisiaj idę na kurs menedżerski, na który wysłał mnie szef, i wieczorem piszę ten raport, bo mam deadline do niedzieli. Muszę w pełni dysponować swoim czasem...

7. Zachowuje poczucie humoru.

I znów „zachowywanie”! Niestety poczucie humoru to nie jest coś, co można „zachowywać” lub nie. To jest jedna z cech, które pojawiają się tylko w sposób naturalny, w sprzyjających okolicznościach. Wszelka próba wywołania go siłą woli kończy się tragicznie.

8. Ceni się wysoko.

Zapachniało handelkiem. Człowiek nie ma ceny, cenę ma przedmiot; a relacje z innymi to nie relacje handlowe.
Oczywiście nie jestem zwolennikiem poniżania siebie i taplania się w kompleksach. Ale jest przepaść między zdrowym kochaniem siebie, a „cenieniem się wysoko”.

9. Ma inne pasje poza nim.

Bycie z drugą osobą to wspólna podróż w jednym kierunku. Nie przeszkadza to pasjom. Ale jeżeli pasje (jego lub jej) przeszkadzają tej podróży? Wtedy trzeba się zastanowić.

10. Traktuje swoje ciało jak precyzyjnie wyregulowaną maszynę.

Ostatni punkt - koszmar. Nie chce mi się nawet tego komentować.

Wszystkie te punkty mają jeszcze jedną wspólną cechę. Otóż jest nią totalny brak zaufania do owego wybranego mężczyzny. Kobieta musi stosować reguły, być zołzą, kreować się na tajemniczą, zachowywać go w poczuciu niedosytu, po to, żeby go zdobyć. Jak jakaś szpiegowska operacja. Brak tu relacji na poziomie serca, jest tylko planowanie zza jakiegoś wielkiego muru, z wielkiego dystansu.  Potworne życie. Nie chciałbym mieć z czymś takim nic wspólnego. A nadzieja, że kiedy już ona zdobędzie „Jego”, to będzie mogła się wyluzować, jest złudna. Labirynty kłamstwa, gdy w nie wejdziemy, stają się bowiem coraz bardziej i bardziej zawiłe, aż po pewnym czasie wyjście z nich graniczy z niemożliwością. I wiem to zarówno z doświadczenia, jak i z wieloletnich obserwacji.
Tagi: miłość, kobieta, egoizm, mężczyzna, zołza, kultura plastiku
piekutowski 2009-07-08 11:45:36


komentarzy: 59

Jarema |
2009-10-01 22:19:21 | 94.254.185.157
  Sam byś, Rabbi, podyskutował... Ciekaw jestem Twego zdania!


MD |
2009-08-15 13:25:49 | 194.88.225.87
  Bardzo ciekawa dyskusja! :-) Zwłaszcza gdy AD wypowiada się w sposób bardziej cywilizowany ;-)


AD |
2009-08-03 17:13:28 | 79.186.222.125
  Ogólnie: nie tylko nie chodzi tu o promocje egoizmu, ale interpretowanie tych porad jako egoistycznych jest przejawem braku zrozumienia kobiet i naszej ewolucji ;)

Egoizm, to jest postawa, która stawia wyżej własne dobro, nawet kosztem innych. Celem jest tu dobro własne. Tymczasem w moim przekonaniu reguły zołzy nie mają wcale służyć jej - chodzi przecież o to, "dlaczego mężczyźni kochają kobiety, które wysoko się cenią" - chodzi o to, aby facet naprawdę kochał, aby odsiać tych, którzy tylko wykorzystają. Chodzi o dobro związku.

Przytoczone przez ciebie porady służą dobru związku, o czym zaraz.

1. leniwy facet.
Oczywiscie zgadzam się, że porada powinna być zastosowania w ostateczności, jeśli prośby nie działają (faktem jest jednak, ze wielu facetów puszcza takie uwagi mimo uszu - w ich przypadku rada jest dobra - trochę zagrożenia nie zaszkodzi!). Ale zobacz co napisała recenzentka: chodzi szacunek!!! We wszystkich poradach o to chodzi: kobieta musi wymagać szacunku, musi się szanować - nie z egoistycznych pobudek, usilnie próbujesz przeforsować (nie chodzi tu wcale o upokarzanie), ale z troski o związek. Jeśli kobieta nie będzie się szanować i wymagać szacunku od mężczyzny, to będzie g... a nie dobry związek.

A jeśli mężczyzna, zamiast zacząć szanować kobietę wybierze rozstanie - tym lepiej...

2. "skąd bierze się tyle (nieszczęśliwych zresztą) przykładów związku zołzy z ciapowatym mężczyzną"
Po pierwsze, ekwiwokacja (zołzy w potocznym sensie tak, ale nie kobiety stosującej te rady). PO drugie, przy ciapie każda wyjdzie z siebie i stanie się zgorzkniała...

"Zdrowy mężczyzna rzuci zołzę, która będzie próbowała nim manipulować, która będzie go dostosowywać w 100% do siebie i do swojego kalendarza."

Nie chodzi o manipulacje, tylko o okazję do pokazania, jak bardzo mu na niej zależy...

Zresztą ona przecież nie ma stosować tych testów zawsze, ale na początkowym etapie - to ma być próba, czy to jest odpowiedni facet. Jeśli ją kocha i jest dojrzały, będzie ją szanował...

"Tak samo jak i zdrowa kobieta nie będzie z mężczyzną, dla którego on sam będzie ważniejszy niż ona."
I chyba wyłącznie o to tutaj chodzi... ;)

"Stwierdzeniem, że prawdziwy mężczyzna "nie będzie w ogóle dawał jej powodu do taki posunięć (vide przykład z uchylania się od męskich obowiązków w domu)" lub też "będzie traktował to jako wyzwanie (kwestia zabiegania o nią)" scharakteryzowałeś właśnie dupka (ang. jerk;), który jest na każde zawołanie drugiej osoby i daje się zmanipulować jej gierkom."

Piękny przykład manipulacji, to ja widzę powyżej ;)
dupkiem nazywasz faceta, który nie uchyla sie od obowiązków? Albo kto traktuje kobietę jako wyzwanie? To nie dupek , ale dojrzały facet.

Dupkiem, jest ten, kto nie szanuje kobiety.

"Zauważ, że w jednym i drugim przypadku ostatecznie mężczyzna naprawia w domu wszystko, czego chce od niego kobieta."

WG Ciebie dojrzały facet po robicie włacza eurosport i pije piwo? ;>

Jest różnica pomiędzy ciapą a dojrzałym facetem szanującym kobietę. Kobieta chce żeby facet ją szanował, ale także aby szanował siebie. Szanowanie siebie nie polega na pozostawianiu na jej głowie męskich prac domowych, ale na tym, że nie będzie ciapą, tzn. nie będzie za nią ganiał. Nie chodzi w ogóle o uległość kobiecie - nie z takim facetem chce być zołza, ani żadna inna kobieta.

Zresztą ona ceniąc się może tez sprawdzić, na ile ceni się on. Założę się, że jak będzie potulnie za nią łaził, ona straci do niego szacunek. Gdy będzie umiał - zachowując do niej szacunek - również siebie cenić, w jej oczach stanie się bardziej atrakcyjny...


Jarema |
2009-08-03 15:51:56 | 188.33.23.111
  ad 1. Kontekst: fragment z recenzji, nota bene napisanej przez kobietę.
"An example from the book: your boyfriend is too lazy to fix something around the house. The author recommends that you get another man to do it, so that your boyfriend feels threatened enough to do it and jumps to the task. Rather than, say.. telling your boyfriend that you find it disrespectful that he won't help out and asking him again to do it for you, so that way he actually understands why his girlfriend is upset and knows to have more respect in the future.
Yes, the women outlined in this book really are b*tches. They are playing mindgames in order to gain attention from their spouses(...)"
Załatwianie spraw w taki sposób nie ma nic wspólnego z miłością, natomiast ma dużo z upokarzaniem ukochanej osoby i stawianiem jej w sytuacji zagrożenia...
Jeżeli piszę, że mężczyźni tego nie lubią, to mam na myśli coś więcej - że to oni mogą zareagować rozstaniem na tego typu gierki.

2. "Nie zniesie jej (zołzy) osobnik niepewny siebie, panikujący w obliczu każdego wyzwania z jej strony".

To skąd bierze się tyle (nieszczęśliwych zresztą) przykładów związku zołzy z ciapowatym mężczyzną? Zdrowy mężczyzna rzuci zołzę, która będzie próbowała nim manipulować, która będzie go dostosowywać w 100% do siebie i do swojego kalendarza. Tak samo jak i zdrowa kobieta nie będzie z mężczyzną, dla którego on sam będzie ważniejszy niż ona.

Stwierdzeniem, że prawdziwy mężczyzna "nie będzie w ogóle dawał jej powodu do taki posunięć (vide przykład z uchylania się od męskich obowiązków w domu)" lub też "będzie traktował to jako wyzwanie (kwestia zabiegania o nią)" scharakteryzowałeś właśnie dupka (ang. jerk;), który jest na każde zawołanie drugiej osoby i daje się zmanipulować jej gierkom. Zauważ, że w jednym i drugim przypadku ostatecznie mężczyzna naprawia w domu wszystko, czego chce od niego kobieta. A tymczasem ona, będąc zołzą, nie idzie tak na jego warunki. Zatem mamy do czynienia ze związkiem zołzy i ciapy. Jeden z najżałośniejszych rodzajów związków damsko-męskich.

Książka o zołzach najwyraźniej promuje egoizm, i to wcale nie ten zdrowy.


AD |
2009-08-03 14:48:46 | 79.186.222.125
  p.s. Szkoda, że Panie nie zabierają głosu... ;)


AD |
2009-08-03 14:46:26 | 79.186.222.125
  1. "Myślisz, że mężczyźni to lubią, że są w stanie znosić gładko upokorzenia typu sprowadzanie innych "samców"?"
Jasne, że nie lubią - i na tym opiera się skuteczność tego posunięcia. Zauważ, że chodzi tu o sytuację, gdy mężczyzna uchyla się od swych domowych obowiązków. Gdyby mężczyźni to lubili, taka rada nie maiła by sensu.
2. "Takiej kobiety, jaką głosi Sherry Argov jako "atrakcyjną" nie zniesie żaden zdrowy mężczyzna." Otóż nie zgadzam się. Nie zniesie jej osobnik niepewny siebie, panikujący w obliczu każdego wyzwania z jej strony. Zdrowy mężczyzna albo nie będzie w ogóle dawał jej powodu do taki posunięć (vide przykład z uchylania się od męskich obowiązków w domu), albo nie tyko zniesie próbę ze spokoje, ale nawet będzie traktował to jako wyzwanie (kwestia zabiegania o nią). No, chyba, ze jej nie kocha, ale wtedy reguły te skutecznie to zweryfikują...


Jarema |
2009-08-03 14:16:32 | 188.33.23.111
  Właśnie - dobrze streściłeś zołzowe zasady: "facetów trzeba trzymać krótko". Myślisz, że mężczyźni to lubią, że są w stanie znosić gładko upokorzenia typu sprowadzanie innych "samców"? Jest jedna bardzo mądra recenzja "Zołz" na Amazonie, która mówi, że jedyna możliwość stworzenia sensownego związku z zołzą jest wtedy, kiedy mężczyzna jest "dupkiem" (ang. jerk) - bo pozwoli sobie na takie pogrywanie. To się przekłada na kwestię planu spotkań, bo jeżeli kobieta będzie w tak zdecydowany sposób trzymała się swojego planu, to znaczy, że z kolei mężczyzna musi się dostosować do niej. Podobna sytuacja jest w wielu innych regułach. Takiej kobiety, jaką głosi Sherry Argov jako "atrakcyjną" nie zniesie żaden zdrowy mężczyzna.


AD |
2009-08-03 11:50:30 | 79.186.222.125
  Zacznę od tego, że ja również książki nie czytałem - może jak przeczytam, to będę się na jej temat wypowiadał. To, co tu głoszę nie odnosi się zatem bezpośrednio do żadnej konkretnej publikacji...

Jeśli jednak wierzyć temu, co piszesz, to:
a) w cytowanych radach nie widzę nic feministycznego (feminizm =/= "facetów trzeba trzymać krótko" ;) )
b) raty te wcale nie muszą być rozumiane jako przejaw egoizmu. Raczej jako pewne techniki korzystnie wpływające na relację...
c)"by kobieta umawiała się z facetem tylko wtedy, kiedy to jej pasuje" - nie od dziś wśród kobiet panuje przekonanie, ze gdy mężczyzna będzie musiał powalczyć, natrudzić się, to będzie to okazja do sprawdzenia/umocnienia jego stosunku do wybranki. Nie widzę w tej radzie nic zdrożnego. MZ ma jak najbardziej psychologiczne uzasadnienie...
d)"gdy mężczyzna mieszkający z kobietą nie naprawia czegoś w domu - by ta sprowadziła innego faceta, który to zrobi"
Nic tak nie przemówi do rozumu zaniedbującemu obowiązki domowe facetowi, jak inny samiec wyręczający go w nich - jest to bardzo skuteczny sposób na opornego na prośby żony delikwenta. Obecność innego faceta na pewno spowoduje zapalenie się czerwonej lampki - socjobiologicznie jak najbardziej sensowna rada...


Jarema |
2009-08-03 02:25:34 | 188.33.72.97
  Zastanawiając się, czy czasem pochopnie nie połączyliśmy reguł atrakcyjności, cytowanych przez S33 na blogu Marcina, zapoznałem się z recenzjami książki o "zołzach" na amazon.com. Niestety innego bliższego kontaktu z książką nie miałem. I wyszło mi kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze okazuje się, że tytuł oryginału brzmi "Why men love bitches" (ang. bitch - suka, dziwka, zdzira). Po drugie - nie wiem na razie, czy te reguły są akurat w tej książce zamieszczone w takiej postaci (czytelniczki książki proszę o informację, czy tak jest). Po trzecie - na podstawie cytatów z książki, zamieszczonych przez recenzentów, widzę dużo podobieństw między suchymi regułami a jej treścią, przy czym treść ta nie pozostawia wątpliwości, że moje powiązanie owych reguł atrakcyjności z egoistyczno-feministycznym dyskursem "niezależności" etc. nie było wcale nieprzytomne. Pośród rad z książki znalazłem m.in. takie, żeby kobieta umawiała się z facetem tylko wtedy, kiedy to jej pasuje do kalendarza zajęć, a nie jemu, lub też - gdy mężczyzna mieszkający z kobietą nie naprawia czegoś w domu - by ta "sprowadziła innego faceta, który to zrobi"...oraz wiele innych rad, które przerażą także uczciwego socjobiologa. W recenzjach krytycznych ponadto dominowała dokładnie ta sama argumentacja, której i ja używałem - że stosowanie reguł z tej książki to manipulacja i granie w gierki z drugą osobą. Nie mówiłbym więc tak szybko o ekwiwokacji.


AD |
2009-08-02 16:27:54 | 83.21.215.172
  1. O regułach ogólnie.

Różnica między nami wynika przede wszystkim z innego spojrzenia na istotę reguł atrakcyjności. Z tej różnicy biorą się wszystkie dalsze, szczegółowe rozbieżności i nieporozumienia.

Czym są reguły atrakcyjności i skąd się biorą? Otóż miliony lat ewolucji spowodowały, że jako atrakcyjne postrzegamy te cechy partnera, które przyczyniają się do naszego przetrwania osobniczego i gatunkowego. Mówiąc bardziej "humanistycznie" - cechy dobrej głowy rodziny (w przypadku mężczyzn) lub dobrej opiekunki ogniska domowego (w przypadku kobiet). Przez miliony lat rozpoznawanie pożądanych cech u partnera dokonywało się podświadomie, intuicyjnie, poprzez podążanie za pewne wskaźniki, które zdradzały pożądanych cechy. Wyjaśnię to na przykładzie mężczyzn. Dobra głowa rodziny, opiekun stadła, to osobnik zaradny, opanowany, silny, odważny etc (to tylko kilka przykładowych cech). Kobiety intuicyjnie wyszukują takich partnerów, gdyż dają oni większe szanse na przetrwanie im i ich potomstwu. Jak tu jednak znaleźć takich mężczyzn? Kobiety zaczęły opierać się na pewnych wskaźnikach (oczywiście wbrew formie narracji, jaką przyjąłem, nie była to żadna "decyzja", ale wynik doboru naturalnego - dla celów stylistycznych jednak piszę nieco metaforycznie). Jakich? Cechy charakteru przejawiają się w pewnych sytuacjach, które wymagają danej cechy. I tak odwaga, zaradność, opanowanie - to wszystko widać w pewnych codziennych zachowaniach. I np. tzw. ułańska fantazja to nic innego jak przejaw braku lęku przed poszukiwaniem nowych rozwiązań, zdolnością do gry va banque. Odwaga w relacjach społecznych (śmiałość wobec kobiet, brylowanie w towarzystwie etc.) jest oznaką odwagi w ogóle itd. Analogicznie jest w przypadku cech kobiet.

Na przestrzeni milionów lat wytworzył się pociąg do osób płci przeciwnej , które zdradzają pożądane cechy charakteru. Jednak dopiero psychologia ewolucyjna i socjobiologia rzuciła więcej światła na to, dlaczego takie a nie inne cechy przyciągają nas do osób płci odmiennej. Na poziomie introspekcji kończyło się zazwyczaj na wskazaniu owego wskaźnika (a nie na tym, co się za nim kryło). I tak kobiety zauważyły, że podobają im się mężczyźni pewni siebie (nie koniecznie łącząc to z cechami charakteru istotnymi życiowo). Co się stało potem? wraz ze wzrostem świadomości owych wskaźników (które będę określał cechami "powierzchownymi" w odróżnieniu od "głębokich", na które te pierwsze mają wskazywać) mężczyźni którzy naturalnie tych cech nie przejawiali ergo mieli małe powodzenie u kobiet, zaczęli się zastanawiać, co tu zrobić, aby podnieść swą atrakcyjność w oczach płci przeciwnej. Zaczęli zatem naśladować cechy "powierzchowne" - również zapoznając fakt, iż są one jedynie wskaźnikami cech "głębokich". Stąd pojawiła się u niektórych myśl, ze atrakcyjność jest funkcją przejawiania przede wszystkich tych cech zewnętrznych. Zaczęli mówiąc krótko udawać pewność siebie. Często jednak za tym udawaniem nie stała głęboka przemiana i nabywanie cech "głębokich", stąd takie udawanie było średnio skuteczne (sam pisałeś o tym, ze stosując reguły sam podobnie jak kobieta czułeś fałsz - kobiety jeszcze lepiej niż my nauczyły się ten fałsz wyczuwać).

I - CO BARDZO WAŻNE - to są reguły atrakcyjności KANDYDATÓW na partnerów, a nie reguły zachowania w związku (zdajesz się często tej subtelności nie dostrzegać.

Podsumowując - reguły atrakcyjności wskazują na cechy "powierzchowne" za którymi ukryte są cechy "głębokie" dobrych mężów, żon. Wtórnie (!!!) zaczęto je stosować jako antidotum na niepowodzenia z płcią przeciwną, gdzie braki cech "głębokich" rekompensowano naśladowaniem cech "powierzchniowych".

Gros Twych zarzutów polega na stwierdzeniu, iż te ostatnie nie zawsze są dobrymi wskaźnikami - zwłaszcza jeśli są udawane, a nie wypływają naturalnie. Zgoda, ale problem tkwi nie w mechanizmie ewolucyjnym ale próbach jego oszukania, w udawaniu. Niezgoda pomiędzy nami polega tez na tym, że Ty - przyjmując perspektywę "introspekcyjną" - ujmujesz te reguły jako reguły kulturowe, ja zaś - przyjmując perspektywą ewolucyjną - uważam, ze są one rdzennie biologiczne, wrodzone (modyfikacje kulturowe są naskórkowe).

Na koniec tej części zadam Ci pytanie: dlaczego ćmy lecą do ognia? To nie jest pytanie metaforyczne! Pytam jak najbardziej dosłownie! Znasz odpowiedź? Wbrew pozorom to bardzo istotne dla naszego sporu...

2. Dobry facet a mąż. Tu właściwie dużo powiedziałem w pkt.1 Dobry na faceta, to ten który zdradza cechy przydatne opiekunowi rodziny (powiesz, co ma z tym wspólnego np. przystojność, czy brylowanie na imprezach - ano jeśli przeanalizujemy jakie cech fizyczne podobają się kobietom u mężczyzn, to zobaczymy,że mają one związek z siła i sprawnością fizyczną; brylowanie na imprezach jest przejawem odwagi, braku zahamowań interpersonalnych - a to bardzo ważne cechy opiekuna rodziny). Wbrew temu, co piszesz kobiety wcale nie chcą facetów nieodpowiedzialnych, niewiernych etc. przejawy tych cech wcale nie są sexy i nie znam żadnej pani, która pozytywnie reagowałaby na nieodpowiedzialność mężczyzny. Przejawy odpowiedzialności są również elementem atrakcyjności. Sztucznie rozdzielasz te cechy, stąd to przeciwstawienie. Ja je odrzucam.

BTW piszesz, że dobry facet to ktoś powiadający społecznie pożądane cechy - explicite tego nie napisałeś, ale można to zinterpretować tak, że są to cechy kulturowe, bez korzenia biologicznego. Otóż szczerze wątpię, aby kobiety - poza może patologicznymi wyjątkami - ceniła faceta za to, ludziom on się podoba... MZ te cechy podobają się przede wszystkim jej. Po drugie, cechy te są społecznie aprobowane bo są wskaźnikami cech biologicznie ważnych - ich społeczny charakter jest wtórny.
Oczywiście piszesz o tym, że cechy te mogą wynikać z pozerstwa. Racja, ale po pierwsze, jest to kwestia pojedynczego wskaźnika, który moze zawieść - np. odwaga przejawia sie różnie, nie tylko na imprezach, także np. w sytuacji wypadku. Im więcej wskaźników daje dobry wynik, tym większe prawdopodobieństwo trafienia na dobrego faceta/męza ;) Po drugie, wątpię, aby na dłuższa metę kobieta nie przejrzała na oczy. To że chwilowo jeden wskaźnik ją zachwyci, to nie znaczy, zę za chwile facet nie straci punktów w innej sytuacji.

3. Przejdźmy teraz do zołz. Najpierw uwaga ogólna. MZ razem z Marcinem daliście się podpuścić marketingowemu tytułowi. myślę, że Autor specjalnie na słowo klucz wybrał "zołzę" - intrygujący tytuł lepiej się sprzedaje. W związku z tym Wasze sięganie po słownikową definicję "zołzy" jest trochę naiwne...

Druga uwaga metaproblemowa. MZ Twoje wywody często opierają się na mieszaniu znaczeń pewnych słów (ekwiwokacji). To, ze w pewnych kontekstach słów jest użyte w takim znaczeniu, to nie znaczy, ze można wprowadzać do tego samego ciągu rozumowania inne jego użycie. I tak, to że Kasia rozumie słowo X w jakiś głupi sposób, nie znaczy, że Jaś formułujące reguły tez je tak rozumie - to najczęściej pojawiający się w Twym rozumowaniu błąd logiczny...

Poza tym, w moim odczuciu wyszukujesz czasem takie znaczenia słów kluczy z omawianych reguł, które są w kontekście relacji damsko-męskiej absurdalne. W ten sposób odnosisz sukces, ale mz nieuczciwie... Nie sztuka wygrać w dyskusji sprowadzając dyskutowane tezy do absurdu...

a) niezależność
żadna rozsądna osoba nie zinterpretuje tej pożądanej "niezależności" jako odcinanie się od drugiej osoby, niewchodzenie w nią w związek, w WIĘŹ (!). Pisząc, ze tworzenie związku polega na związaniu, pewnej zależności MZ doprowadzasz tę regułę do absurdu. Nieumiejętność wchodzenia w relacje (!) nie jest atrakcyjna i nikt tego nie głosi. W regule chodzi o inną niezależność - niezależność emocjonalną (ale znów nie w sensie takim ze mamy nie tworzyć więzi emocjonalnej, ale taki, ze nie mamy się uzależniać, uwieszać emocjonalnie na drugim). Prawdziwą i dojrzało relację mogą stworzyć tylko dwa niezależne (tj. nieuzależnione od tego, co drugi może dać - w wymiarze emocjonalnym, finansowym - każdym etc.) podmioty. Inaczej będzie to symbioza dwóch uzależnionych, a nie dojrzała relacja...

(co do tego, jak "niezależność" rozumieją feministki, hutnicy, górnicy etc. patrze uwaga o mieszaniu znaczeń)

To prawda, ze czasem kobiety mówią, ze chcą być "niezależne", a mają na myśli to, ze nie chce się wiązać de facto z mężczyzną (co wynika często ze zranień), nie są zdolne im zaufać. Tak czasem mówią - ale zupełnie to nie znaczy, że rzeczone reguły mówią o atrakcyjności takiej postawy...

b) tajemniczość. Jeśli nawet mylę, ja z głębią, to nie znaczy, że zarzut, iż Ty mylisz ją z introwersją, jest chybiony ;) Tak, uważam,z e mylisz tajemniczość z introwersją. Swoją drogą o taką pomyłkę nie trudno w przypadku kontaktu z kobietą - znamy dobrze historię, gdy facet o skrytej dziewczynie opowiadał same superlatywy, które sobie w głowie uroił, nieprawdaż? ;) Ale to jest po prostu pomyłka - to nie introwersja atrakcyjna jest tu atrakcyjną cechą "głęboką", ale głębia duszy...

c) niedosyt. Czy zaspokojenie głodu jest nieodzownym elementem miłości? Zależy co się przez to rozumie. W każdym razie nie ja wymyśliłem pogląd, że nasycenie powoduje brak zapotrzebowania na przedmiot potrzeby - to myśl stara jak ludzkość, obecna u starożytnych. Rożnica miedzy nami ma charakter terminologiczny - ty wprowadzasz trzecie stadium pomiędzy niedosytem na przesytem. Wg mnie to trzecie stadium jest tylko cieniutką granicą miedzy tymi dwoma (tak jak teraźniejszość u Augustyna, która jest tylko bezwymiarowym stykiem przeszłości i przyszłości). Aby uniknąć nieporozumień i kłótni słownych proponuję taka konwencję: niedosytem nazywam każdy stan, który nie powoduje w podmiocie ustania zainteresowania przedmiotem potrzeby - i jako taki przeciwstawia się przesytowi (Twoje "nasycenie" byłoby zatem granicznym stadium niedosytu wg powyższej konwencji). Liczy się powiem to, czy w interakcjach z drugim zachowujemy się tak, iż opada mu, hmmm ;), zainteresowanie nami, czy nie... Ta reguła tylko to stwierdza, że kto, chce "zakochać na śmierć", zarzucić kogoś sobą, ten osiąga odwrotny skutek do zamierzonego. Czułość trzeba dawkować - nie w sensie zamykania naszego serca, ale w dbałości o serce drugiego...

d)opanowanie. Tu nieporozumienie wynika z tego, o czym pisałem na początku. Reguła mówi: opanowanie jest atrakcyjne. To NIE znaczy, że udawanie (!) opanowania jest dobre...Praca nad sobą tak, sztuczność nie! (zresztą nie wierzę, aby sztuczne opanowanie nie wyszło na jaw prędzej czy później...)

BTW kwestia reakcji na łzy kobiet to raczej tester cech mężczyzny... Zresztą kobiety testuja w ten sposob mężczyzn nie tylko przez łzy - w ogole stosują różne chwyty, które są podszyte pytaniem: "czy umiesz sobie ze mną poradzić, czy też spanikujesz?" I wcale nie oczekują głaskania - raczej silnej i zdecydowanie, nie "miękkiej" reakcji. Nie zgadzam się zatem, że jest to problem braku empatii - raczej "złej" empatii, która polega nie na odczytywaniu prawdziwych intencji testu, ale na panicznym uleganiu łzom... Jakże często faceci się na tym wykładają...

e) dysponowanie czasem. To prawda, ze za zasłoną "porządku zajęć" można ukrywać brak miłości. Ale to nie brak czasu dla drugiej osoby jest atrakcyjny!

Wyjaśnię poprzez analogię z mężczyznami. Jak pisałem na początku - reguły dot. "werbunku" na męża - to nie znaczy, że od zdobytego faceta oczekuje się, że nie będzie maił dla nas czasu. Raczej oczekuje się od poznanego mężczyzny, ze nie będzie szaleńczo rzucał wszystkiego i leciał np. na randkę. Ze umawiając się z dziewczyna powie np "Wtorek? Nie pasuje mi - proponuję czwartek?" Taka odmowa często wzmacnia atrakcyjność kandydata - bo jest odpowiedzialny, stały opanowany - nie poleci na inną równie łatwo, nie rzuci wszystkiego dla kolejnej. Tak naprawdę cechą "głęboką" jest tu ustatkowanie, a nie brak czasu dla ukochanej...

f)humor - jak w przypadku opanowania. Nie chodzi o udawanie, ale o posiadanie cechy tej cechy...

g) cenienie siebie mz błędnie utożsamiasz z pychą. W kontekście związków damsko męskich zupełnie nie o to chodzi, nie o taki sens tych słów (Zresztą wątpię, aby wyniosłość, bufonada była dla kogokolwiek atrakcyjna, jest dokładnie odwrotnie). Cenie nie siebie oznacza po prostu znów pewną niezależność emocjonalną, zdrowe poczucie własnej wartości - to jest atrakcyjne, a nie bufonada, pycha, która jest de facto podszyta lekiem, niepewnością siebie - jak sam piszesz może maskować kompleksy...

h) pasje. Człowiek który je ma, nie tylko nie uwiesza się na drugim, ale tez przejawia ważna dla rodziny cechę - poczucie celu, radość życia.
Jasne, ze można za hobby ukrywać brak miłości. Ale tu nie o to chodzi, ale o to, że osoba bez pasji, bez żaru, bez determinacji do realizacji celów, może skrywać psychiczne problemy...
Zresztą jeśli jakaś kobieta (mężczyzna) przegrywa z naszymi pasjami, to może to nie jest "ta jedyna"? ;)

i) ciało - tu sie zgodzimy, ze "cholera wie" o co chodzi... ;)

Czy moja interpetacja jest optymistyczna? Nie, ona nie wynika z optymizmu, tylko z tego, że ostatnio bardzo się interesowałem naukowymi podstawami atrakcyjności, oraz z faktu, iż wiekszośc znanych mi "poradników atrakcyjności" opiera się właśnie na biologii. To raczej kontekst feministyczny zupełnie mi nie pasuje do tych poradników. Większość z tych, które czytałem, nawet otwarcie nabija sie z feminizmu, ideału unisexu etc. twierdząc, że jest to wbrew naszej naturze... Mam zatem twarde podstawy, by uważać ewolucyjny kontekst za właściwy do interpretacji takich reguł. Dlaczego Ty wiążesz je z feminizmem? Pojęcia nie mam...


Jarema |
2009-08-02 00:53:59 | 94.254.164.135
  Jako że mam chwilę czasu dziś wieczorem, spróbuję odnieść się do argumentów AD.

"Dobry na faceta vs dobry na męża". Czy istnieje to rozróżnienie? Otóż zależnie od tego, jak rozumieć poszczególne człony tej alternatywy. "Dobry na faceta" może oznaczać: przystojny, dobry w łóżku (jakkolwiek to rozumieć), niezależny, pasjonat, dobry na imprezach, dobrze zarabiający, mający różne cechy, które docenia świat i które sprawiają, że kobieta czuje się dowartościowana. Ale te cechy nie wystarczają, by był dobrym mężem, gdyż do tego potrzebna jest miłość, wierność, odpowiedzialność. Czasami niestety cechy „faceta” nie idą w parze z cechami „męża”, choć rzecz jasna w małżeństwie przydają się też te pierwsze cechy. I tu dochodzimy do pewnego subtelnego rozróżnienia. Owe cechy „dobrego faceta” mają bowiem drugie dno. Kiedy kobieta pragnie mężczyzny „przystojnego/dobrego w łóżku” to może oznaczać dwie różne rzeczy: albo pragnie mężczyzny odpowiadającego różnym społecznym (nieraz popkulturowym) ideałom, po to, żeby się dowartościować, albo też takiego, który po prostu będzie ją pociągał, będzie się jej podobał, będzie jej okazywał czułość. To drugie jest rzecz jasna dobre i nieodzowne dla pełni miłości. A to pierwsze jest niebezpieczną pułapką. To samo z innymi cechami. Kobieta może pragnąć być z mężczyzną zaradnym i odważnym, co może owocować dobrymi zarobkami i byciem duszą towarzystwa (choć nie musi, bo życie nie jest takie proste). A może podchodzić do tego od tylnej strony i patrzeć tylko na kwestie zewnętrzne: butność i śmiałość może wyrastać z pozerstwa, a nie z autentycznej autonomiczności i niezależności, a dobre zarobki niekoniecznie muszą się wiązać z pracowitością, uczciwością i przedsiębiorczością dobrze rozumianą. I to wiąże się poniekąd z problemem zołz, gdy odwrócić płci.

Piszesz, że sens tych reguł pokazuje psychologia ewolucyjna, i – jak rozumiem – iż owe cechy, wymienione w regułach, są cechami dobrej „dziewczyny/żony”. Tu też jednak wiele zależy od ich interpretacji i kontekstu.

I teraz podajesz swoją interpretację poszczególnych cech. Przyjrzę się zatem tej interpretacji.

a)”niezależność jest oznaką dojrzałości...” – oczywiście zgoda, że zależność rozumiana jako uzależnienie niszczy związek. Ale z drugiej strony małżeństwo oznacza zależność od siebie nawzajem, i bywa wystarczająco wiele sytuacji, w której to niezależność jest największym wrogiem związku; niezależność rozumiana jako niedawanie siebie w całości drugiej osobie, niepowierzanie się jej. W ten sposób często niezależność rozumieją feministki, wystarczy poczytać jedne czy drugie „Wysokie obcasy”. Niezależna kobieta to taka, która chodzi własnymi drogami, która nawet w związku ma swoje życie i nie oddaje się w pełni w ręce mężczyzny. Pewna osoba w mojej rodzinie, nieżyjąca już, mawiała: „kobieta musi mieć własne pieniądze, bo inaczej nie jest niezależna”. Nie ma się co dziwić, że jej związek małżeński nie był szczęśliwy. Tak więc istnieje niezależność, która wcale nie jest objawem dojrzałości, a tylko sposobem rozpaczliwej obrony przed światem, i jest to bardzo popularne rozumienie niezależności. Kontekst podobnych książek jak „Zołzy” zbliża się niebezpiecznie do tego feministycznego dyskursu „niezależności”. I tu wchodzi kwestia „próby reprezentatywnej” o której pisałem przy okazji nowszej notki. Żeby stwierdzić autorytatywnie, że moja interpretacja „niezależności” jest nieadekwatna i nie jest stosowana przez czytelniczki „Zołz”, trzeba by naprawdę zrobić solidne badania np. skalą Likerta, Guttmana czy dyferencjałem semantycznym.
Pozostajemy jednak póki co na poziomie wnioskowania z naszych obserwacji i doświadczeń. I na tym poziomie nie jest takie pewne, czy mężczyzn pociągają zawsze kobiety „niezależne”. Z moich obserwacji wynika, że „niezależne profesjonalistki” mają dość duże problemy ze stworzeniem długotrwałego i udanego związku właśnie przez swą „niezależność”, przez którą dwie osoby mijają się tak naprawdę, brak jest poczucia „my” i wzajemnego oddania. Niezależność tak rozumiana może też wiązać się z chęcią utrzymywania pełnej kontroli nad tym, co się dzieje między ludźmi, a więc i w związku, co tak naprawdę uniemożliwia miłość.
Rzecz jasna potrzebna jest pewna autonomia, aby doszło do prawdziwego spotkania dwojga osób. Powiem jednak coś, co może nie spodobać się przeciwnikom układu patriarchalnego, ale co też jest ściśle powiązane z biologią, na którą się powołujesz: mężczyzna pragnie w głębi duszy kobiety, która mu się odda w całości, zaufa mu i pozwoli mu podejmować decyzje – czasem i za nią, a on będzie dla niej wsparciem. Popularne rozumienie „niezależności” wyklucza taki stan rzeczy, a zatem wyklucza atrakcyjność .

b)„Są sytuacje, w których uczynienie z drugiej osoby całego świata ma charakteru patologiczny” – pełna zgoda, są takie sytuacje. Małżeństwo jest podróżą dwojga osób w kierunku konkretnego celu, a nie uwieszeniem się na sobie. Jak już tłumaczyłem, nie popieram absolutnie uwieszania się na sobie.

c)Tajemniczość. Przeciwstawiasz ją „płytkości i trywialności”. A jednak osoba płytka i trywialna też może być tajemnicza, wystarczy, że nie mówi wiele o sobie i roztacza wokół siebie specyficzną aurę. Sam znałem kilka takich osób, które owszem, w pierwszej chwili wydawały się pociągające, ale przy bliższym poznaniu ta tajemnica okazywała się skrywać pustkę. Powiesz, że mylę tajemniczość z introwersją? A ja Ci powiem, że mylisz tajemniczość z głębią.

d) niedosyt. Przeciwstawiasz go „przesytowi”, zapominając, że po drodze jest jeszcze „nasycenie”, „zaspokojenie głodu”, które jest jednym z nieodzownych elementów miłości. Nastawienie się na „pozostawianie ukochanej osoby w stanie niedosytu” prowadzi do tego, że nie ma możliwości nasycenia – ten element jest zablokowany. Moim zdaniem zastosowałeś tu sposób erystyczny XIII, czyli przedstawiłeś przejaskrawioną antytezę.

e)opanowanie. Samo w sobie jest ono dobre, to nie ulega wątpliwości. A jednak możliwości psychiczne człowieka są ograniczone, i w niemal każdym związku przychodzi moment, kiedy nie da się opanować pewnych emocji. Jeżeli teraz będziemy związek budować na zasadzie opanowywania się siłą woli w momentach przychodzących trudnych emocji, to może dojść do rozpadu związku w momencie, kiedy tych emocji nie damy rady powstrzymać, gdy sytuacja będzie za trudna.
Opanowanie jest cnotą, na którą dobrze jest pracować, ale na co dzień spotykamy mnóstwo sytuacji, w których ludzie próbują je osiągnąć nie przez systematyczną pracę, przez nabieranie dystansu do rzeczywistości, lecz przez tłumienie emocji i „zagryzanie warg”. Taki sposób postępowania może prowadzić wprost do tąpnięcia. Jeżeli teraz czytelniczka znajduje w poradniku tekst, że „przy nim musi być zawsze opanowana”, może to doprowadzić do zbudowania związku na własnym nieprawdziwym wizerunku, może doprowadzić do lęku przed okazywaniem emocji przy drugiej osobie. W dyskusji pod tą notką wskazuje na to interpretacja Andalo, która mówi, że mężczyźni nie umieją reagować dobrze na łzy kobiety. Tyle tylko, że tu jest problem braku miłości i empatii po stronie mężczyzn, i jeżeli kobieta będzie się dostosowywała do braku miłości mężczyzny, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. Oczywiście, toutes proportions gardees.

f)dysponowanie czasem. Owszem, sytuacja bardzo podobna do opisywanej w punkcie a). Z własnego doświadczenia pamiętam, gdy kobieta, z którą byłem, zarzuciła mi właśnie – i bardzo słusznie – to „dysponowanie własnym czasem”, gdyż faktycznie dawałem bardzo skąpo swój czas pod pozorem dysponowania nim i niezależności. Krył się jednak pod tym mój brak miłości do niej – i ona doskonale to wypunktowała. Nie chcę stosować tu sposobu erystycznego XIII, gdyż oczywiście można kochać drugą osobę, a jednocześnie znajdować czas na różne swoje zajęcia, jednak należy pamiętać, że gdy jestem w związku (a zwłaszcza małżeńskim!) z drugą osobą, to mój czas należy w dużej mierze do niej, a jej czas – do mnie.

g)zachowywanie poczucia humoru – o tym już pisałem; to nie jest coś, co można zrobić siłą woli. To musi pojawić się w sposób naturalny. Autentyczne poczucie humoru to jedna z rzeczy, które wypływają z samego serca i z sytuacji, i dlatego nie jestem w stanie zaakceptować mówienia o tym na zasadzie reguły, która w samej swojej istocie ma charakter polecenia: „zrób to i to”.

h)cenienie siebie – jest rzecz jasna dobre, jeżeli nie przeradza się w egocentryzm, wyrachowanie i pychę. A takie niebezpieczeństwo istnieje. Wtedy mamy w związku handelek, o którym mówiłem. Przejaskrawiona antyteza? Otóż nie: sytuacja, w której cenimy siebie bardziej od innych, delikatnie mówiąc nie jest rzadka, nie bez powodu pycha jest pierwszym z grzechów głównych. Pycha ta nota bene wcale nie musi wynikać z autentycznego cenienia siebie, a może maskować kompleksy.

i) inne pasje – podobnie jak w punkcie dotyczącym „dysponowania czasem”. Generalnie uważam, że temu punktowi, podobnie jak poprzedniemu, najbliżej do prawdy. Znam jednak wiele sytuacji stawiania własnych pasji nad drugą osobę, sam niestety też tak robiłem.

j) ciało jako maszyna- Twoja interpretacja brzmi „dobrze jeśli kobieta zna swoje ciało i jest jego przyjacielem”. Gratuluję optymizmu, i jestem ciekaw, o co chodziło autorce...

Co do opacznego rozumienia – nie twierdzę tylko, że „mogą być opacznie rozumiane”, ale że sam użyty w tych regułkach język jest nieobojętny, zwłaszcza umieszczony w popularnym kontekście feministycznym, który znam na co dzień z własnego podwórka, zwłaszcza z różnych miejsc pracy. Właśnie Twoja interpretacja tych regułek wydaje mi się mocno optymistyczna, i o ile osoby takie jak EW czy Andalo, mocno osadzone w chrześcijańskich wartościach, mogą je tak zrozumieć, o tyle szczerze wątpię, że przez większość czytelniczek są one właśnie tak rozumiane.


AD |
2009-07-31 01:10:40 | 79.186.221.5
  ERRATA2:
JEST: "Można pozostać katolikiem tylko formalnie, przyjmując słowa o "zranieniu" ALBO interpretować je krypto-luterańsko... "

POWINNO BYĆ: "Można pozostać katolikiem tylko formalnie, przyjmując słowa o "zranieniu" ALE interpretować je krypto-luterańsko... "


AD |
2009-07-31 00:50:38 | 79.186.221.5
  CD.

5. "Łaska nie niszczy natury, lecz ją udoskonala" - zgoda, ja też tą Tomaszową zasadę przyjmuję. Tyle, że nie implikuje ona "podążania za głosem natury", "szukania zgodności z naturą" itp. naturalistycznych haseł, typowych dla New Age"
Po pierwsze, Łaska buduje na naturze a nie wbrew niej.
Po drugie, powrót do stanu sprzed Upadku jest powrotem do pierwotnej natury... ;) (oczywiście nie mowie, ze udoskonalanie nie idzie jeszcze dalej tą drogą)
Po trzecie, kolejny raz zarzucasz mi naturalizm. Ciekawe który - są rożne rodzaje naturalizmu (Jeśli Tobie kojarzy się tylko z Rousseau to biedne te skojarzenia). Są naturalizmy jak najbardziej zgodne z katolicyzmem. [BTW wypowiedzi o formule: "-izm jest sprzeczny z wiarą" są mylące i mogą zdradzać hasłową wiedzę teologiczną - każde orzeczenie doktrynalne Magisterium precyzuje konkretne tezy, które uznaje za błędne]

6. "natura ludzka pomimo zranienia grzechem pierworodnym nie jest "całowicie zła", ale ma w sobie pierwiastki dobra"
I ja do niczego innego Cie nie zachęcam, jak do rozwijania tych ostatnich... ;)

7. "jeżeli tę zasadę przyjmujesz, to czemu reszta Twoich wypowiedzi o człowieku to niemal czysty biologizm / psychologizm / socjologizm,"

Bo pisałem o biologicznych i psychologicznych podstawach atrakcyjności seksualnej :) Helooooł! ;)

8. "Nie ma to, jak bez uzasadnienia zarzucić komuś całą garść herezji..."
Szkoda, że umknęło Ci, że to był ironiczny wstęp do propozycji, aby darować sobie takie trollowate imputowanie rozmówcy niewypowiedzianych tez i nie uzasadnionych oskarżeń o herezję... Nie złapałeś, szkoda...

9. "Mógłbyś mi zarzucać "luteranizm", gdybym sugerował, że natura ludzka po grzechu pierworodnym jest "całkowicie zepsuta". Ja jednak twierdzę zgodnie z wiarą katolicką, że jest tylko przezeń zraniona...."
Można pozostać katolikiem tylko formalnie, przyjmując słowa o "zranieniu" albo interpretować je krypto-luterańsko... Nie liczą się słowa, ale ich sensy!


AD |
2009-07-31 00:32:38 | 79.186.221.5
  ERRATA:
jest: "Po trzecie, nigdzie nie napisałem, że powrót do natury ma oznaczać powrót do natury upadłej, ALE udoskonalonej"

powinno być: "Po trzecie, nigdzie nie napisałem, że powrót do natury ma oznaczać powrót do natury upadłej, A NIE udoskonalonej"


AD |
2009-07-31 00:30:28 | 79.186.221.5
  1. Nie przedstawiłem żadnego ideału człowieka. Tym bardziej nigdzie nie napisałem, ze nie mamy złych skłonności.

2. "nie wszystkie jej [natury] skłonności, pragnienia są dobre, również te "głębokie"" - ciekaw jestem jak zinterpretowałeś kategorię "głębokich pragnień" ;)
Umówmy się na taką konwencję terminologiczną: skoro jak piszesz nie wszystkie pragnienia natury są dobre, to znaczy, ze niektóre są dobre, bo nie "przykryte" zranieniem grzechu... Te ostatnie będę nazywał "głębokimi". Zatem - ex definitione - pragnienie głębokie są dobre... :)

3. "Dlatego też uważam, że program, który przedstawiłeś "godzenia się ze sobą, ze swoją naturą" jest niekatolicki, ponieważ tej prawdy nie uwzględnia."

Po pierwsze, nie jest prawdą, że nie uwzględnia, dośpiewałaś sobie te niekatolickie tezy - patrz p.1 [Swoją drogą widać, że masz wysoce nieuczciwy sposób dyskutowania imputując rozmówcy twierdzenie, których nie głosił]
Po drugie, nie przedstawiałem żadnego "programu" - postulat życia zgodnie z naturą należy odczytywać jako powrót do tego co było "na początku" (por. Mt 19:8).
Po trzecie, nigdzie nie napisałem, że powrót do natury ma oznaczać powrót do natury upadłej, ale udoskonalonej - to oczywiście znów Twoje "życzliwa" (nad)interpretacja...

4. "Natomiast to, co Ty napisałeś, zatrąca niemal (...) o utożsamienie natury z bezgrzesznością, niewinnością, co tym bardziej nie jest ortodoksyjne i budzi dość zasadne skojarzenia z doktryną Rousseau."

Eliaszu Drogi... Po pierwsze, mógłbym w odpowiedzi zacytować: "Nie ma to, jak bez uzasadnienia zarzucić komuś całą garść herezji...". Ciekaw jestem z jakiego napisanego przeze mnie zdania i wg jakiej logiki wyprowadziłeś powyższy wniosek?
Po drugie, nie interesuje mnie to, co Ci czym "zatrąca" i "zalatuje". Albo zaczniesz uzasadniasz tego typu stwierdzenia, albo zmuszony będę uznać Twoją skłonność do przypisywania rozmówcy niewypowiedzianych przez niego tez za zwykły przejaw trollingu... A ja karmić trolla nie zamierzam... :(
Po trzecie wreszcie, zarzucając mi poważną rzecz - brak ortodoksji, mógłbyś być bardziej precyzyjny - nie tylko odnosząc się do moich wypowiedzi, ale także do nauki Kościoła. Jaka moja teza jest sprzeczna jakimi orzeczeniem Magisterium? Albo powołujesz się na konkret, albo zamilcz! (takie pseudo-autorytatywne wypowiedzi mogą zrobić wrażenie na oazówkach, ale nie na mnie...) - nie masz bowiem podstaw, by kreować się na autorytet rozstrzygający o ortodoksji (ani podstaw formalnych - papieżem, soborem wcielonym etc. wszak nie jesteś, ani merytorycznych - profesjonalnym teologiem o ile wiem tez nie). Spuść z tonu...

5. ">>Łaska nie niszczy natury, lecz ją udoskonala>podążania za głosem naturyszukania zgodności z naturą>całowicie zładobre pragnienialuteranizmcałkowicie zepsuta


eliasz |
2009-07-30 21:42:57 | 89.78.248.242
  "A czy ja napisałem, że masz się godzić z grzechem?"

Nie, przedstawiłeś natomiast ideał człowieka "pogodzonego ze sobą, ze swą naturą", abstrahując od faktu, że natura ludzka zraniona jest przez grzech pierworodny a przez to obarczona skłonnością do zła (KKK 407). Jest to przemilczenie typowe dla pewnych niekatolickich ideologii, dlatego stanowczo zaoponowałem.

"Utożsamienie natury z grzechem na pewno ortodoksyjne nie jest..."

Oczywiście, że nie jest i wcale ich ze sobą nie utożsamiam. Nie twierdzę, że natura = grzech, czy też, że natura ludzka jest "całkowicie zepsuta" przez grzech pierworodny, tylko utrzymuję zgodnie z nauczaniem Kościoła, że jest przez ten grzech zraniona, a przez to nie wszystkie jej skłonności, pragnienia są dobre, również te "głębokie". Dlatego też uważam, że program, który przedstawiłeś "godzenia się ze sobą, ze swoją naturą" jest niekatolicki, ponieważ tej prawdy nie uwzględnia. Wizja katolicka jest taka, że człowiek ma szukać zgodności nie tyle ze sobą i ze swoimi pragnieniami, co z Bogiem i Jego wolą (co nieraz, zwłaszcza na początku drogi duchowej oznacza dość mocną _walkę_ z własnymi naturalnymi pragnieniami, zgodnie ze słowami Chrystusa "kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie").

Natomiast to, co Ty napisałeś, zatrąca niemal o coś przeciwnego, mianowicie o utożsamienie natury z bezgrzesznością, niewinnością, co tym bardziej nie jest ortodoksyjne i budzi dość zasadne skojarzenia z doktryną Rousseau.

"Łaska nie niszczy natury, lecz ją udoskonala" - zgoda, ja też tą Tomaszową zasadę przyjmuję. Tyle, że nie implikuje ona "podążania za głosem natury", "szukania zgodności z naturą" itp. naturalistycznych haseł, typowych dla New Age, ale coś innego: mianowicie, że natura ludzka pomimo zranienia grzechem pierworodnym nie jest "całowicie zła", ale ma w sobie pierwiastki dobra, w tym "dobre pragnienia", które z pomocą Bożej łaski mogą zostać rozwinięte i udoskonalone (podczas gdy również w niej obecne skłonności do zła z pomocą tejże łaski mają być stopniowo wykorzeniane i zanikać).

A swoją drogą, jeżeli tę zasadę przyjmujesz, to czemu reszta Twoich wypowiedzi o człowieku to niemal czysty biologizm / psychologizm / socjologizm, w którym o łasce nie ma ani słowa?

"mi zapachniało minicheizmem, Luterm, jansenizmem i paroma innymi "kwiatkami"

Nie ma to, jak bez uzasadnienia zarzucić komuś całą garść herezji...

Mógłbyś mi zarzucać "luteranizm", gdybym sugerował, że natura ludzka po grzechu pierworodnym jest "całkowicie zepsuta". Ja jednak twierdzę zgodnie z wiarą katolicką, że jest tylko przezeń zraniona.

Popadłbym w "manicheizm", gdybym na sposób gnostycki utożsamał to, co materialne czy naturalne ze złem. Jednak, jak wykazałem powyżej, wcale tego nie czynię.

Gdybym głosił jakiś niezdrowy rygoryzm, kładł przesadny nacisk na grzeszność i głębię deprawacji człowieka, był pesymistą co do możliwości czynienia jakiegokolwiek dobra w porządku naturalnym bez pomocy łaski, mógłbyś mi zarzucać jansenizm. Ja jednak tylko przypomniałem, że natura ludzka nie jest bezgrzeszna.

Doprawdy dziwne to zarzuty - o "manicheizm", "protestantyzm", "jansenizm" - w odpowiedzi na przypomnienie bez żadnych zniekształceń zwykłej, tradycyjnej katolickiej nauki o grzechu pierworodnym.


AD |
2009-07-28 23:49:44 | 83.21.220.211
  Widzę, że mieszasz rożne kwestie - miłości w sensie agape i atrakcyjności. Twój ostatni wpis jest efektem tego pomieszania pojęć...


AD |
2009-07-28 23:47:18 | 83.21.220.211
  eliasz:"Pogodzonego" ze swoją skażoną grzechem pierworodnym "naturą"? To wyklucza zarówno prawdziwą dojrzałość, jak i prawdziwą odpowiedzialność.

A czy ja napisałem, że masz się godzić z grzechem? Nie raczej odkryć swe powołanie.

"w świetle wiary wiemy, że nawet "głębokie" pragnienia upadłej ludzkiej natury niekoniecznie są dobre" - może te pseudo-głobokie nie są...

Utożsamienie natury z grzechem na pewno ortodoksyjne nie jest...

Wszystko robija się, o stosunek do zasady "Gratia non tollit naturae, sed perficit" - ja ją przyjmuję, czy Ty, to po niektórych Twych wypowiedziach wątpię... Tobie przyszedł na myśl Rousseau - mi zapachniało minicheizmem, Luterm, jansenizmem i paroma innymi "kwiatkami" ;) (dlatego proponuję, nie grać w skojarzenia, tylko odnosić się rzetelnie to, tego, co napisane...)

"reguły, które mają nam pomóc "poznać się na drugim człowieku" mogą mieć Twoim zdaniem "biologiczne uzasadnienie"?"

Chwila! Ja tu dyskutuję o prawidłach atrakcyjności, które jak najbardziej mają biologiczne uzasadnienie... Dzięki nim na poziomie intuicji możemy często lepiej odkryć cechy charakteru drugiej osoby, niż poprzez jej słowne deklaracje. Nie ma to nic wspólnego z weterynarią, tylko z psychologią ewolucyjną.


eliasz |
2009-07-28 23:32:21 | 89.78.248.242
  "jakie cechy osobnika powodują, ze jest on atrakcyjny w oczach płci przeciwnej."

Terminologia w sam raz dla opisu relacji pomiędzy mieszkańcami ZOO, albo zwierzętami w stadzie...

My zaś jesteśmy ludźmi, _osobami_ a nie "osobnikami gatunku homosapiens".

Oczywiście, w relacji pomiędzy mężczyzną a kobietą odgrywają swoją rolę także czynniki socjologiczne, psychologiczne, biologiczne, niektórzy powiedzieliby, że nawet "chemiczne".

Tyle, że sprowadzanie relacji pomiędzy mężczyzną a kobietą do tego poziomu, rozpatrywanie jej wyłącznie, albo choćby tylko głównie z punktu widzenia takich naturalnych determinizmów, jest fałszywym redukcjonizmem, wypaczaniem jej prawdziwej, duchowej natury.

Jak bardzo "atrakcyjna" (biologicznie, psychologicznie, socjologicznie) jest dla męża żona niezdolna z powodów zdrowotnych do współżycia? Sparaliżowana albo pozostająca w śpiączce? A przecież często dopiero na tych skrajnych przykładach widać, czym jest prawdziwa miłość, _osobowa_, oparta na bezwarunkowej wierności, ofierze z samego siebie, na "nie szukaniu swego". Prawdziwa miłość, ta pochodząca z nadprzyrodzonego, Boskiego źródła, nie neguje wcale natury, ale ją _przekracza_. Jest ponad "regułami atrakcyjności". Miłuje drugą osobę z wolnego wyboru, przekraczającego naturalne determinizmy. Potrafi kochać człowieka niezależnie od jego "atrakcyjności", nastrojów, stanu zdrowia, posiadania itd. Kocha go nie za to jaki jest, ale po prostu za to, że jest, na podstawie całkowitego daru, jaki się uczyniło z siebie.


eliasz |
2009-07-28 22:43:53 | 89.78.248.242
  Poprzedni komentarz jest do Ciebie, AD.


eliasz |
2009-07-28 22:42:22 | 89.78.248.242
  "Kazda z takich regul, ktore mają charakteryzować zachowanie "prawdziwego faceta" [...] jest przejawem cech charakteru osobnika dojrzałego, odpowiedzialnego, pogodzonego z sobą, ze swą naturą."

"Pogodzonego" ze swoją skażoną grzechem pierworodnym "naturą"? To wyklucza zarówno prawdziwą dojrzałość, jak i prawdziwą odpowiedzialność.

To co piszesz, zalatuje naturalizmem, sprzecznym z katolicką antropologią. Inny przykład: "odkryć [...] nasze naturalne głebokie pragnienia". Co to za język? Przywodzi na myśl Rousseau i jego naturalistyczną utopię. A przecież w świetle wiary wiemy, że nawet "głębokie" pragnienia upadłej ludzkiej natury niekoniecznie są dobre...

I dalej: reguły, które mają nam pomóc "poznać się na drugim człowieku" mogą mieć Twoim zdaniem "biologiczne uzasadnienie"? Wybacz, ale to już jest sprowadzanie relacji międzyludzkich do poziomu "weretynaryjnego" - czy to będzie dobry samiec do rozpłodu itp. Ani to perspektywa osobowa, ani tym bardziej chrześcijańska.


AD |
2009-07-28 21:38:04 | 83.21.220.211
  Tak a propos pytania, które zaczęło chodzić Ci po głowie - w pewnej starej chińskiej encyklopedii autor napisał, iż "zwierzęta dzielą się na a) należące do Cesarza, b) zabalsamowane, c) tresowane, d) prosięta, e) syreny, f) fantastyczne, g) psy spuszczone z łańcucha, h) włączone do niniejszej klasyfikacji, i) miotające się jak szalone, j) niezliczone, k) narysowane cienkim pędzelkiem z wielbłądziej sierści, l) et cetera, m) które rozbiły wazon, n) które z daleka podobne są do much".

W jakiej rzeczywistości zanurzony był jego umysł?! ;D


AD |
2009-07-28 20:31:21 | 83.21.220.211
  Precyzyjna wymiana zdań na pewno pomogłaby się tym rzeczywistościom zbliżyć... ;)


Marcin od m. |
2009-07-28 20:13:05 | 213.192.98.104
  nie obrazam sie :)

dziwie sie i zastanawiam w jakiej rzeczywistosci jest zanurzony twoj umysl i jak bardzo musi byc rozna od tej, w ktorej jest moj...



AD |
2009-07-28 19:58:52 | 83.21.220.211
  Marcinie, nie obrażaj się na mnie, że sam piszesz bardzo nieprecyzyjnie... ;) To chyba nie jest moja wina... ;)

Ja tylko próbuję zrekonstruować sens Twej wypowiedzi...


Marcin od m. |
2009-07-28 19:46:59 | 213.192.98.104
  AD "nie jest jasne" to i tamto.

No bardzo mi przykro.


AD |
2009-07-28 17:45:00 | 83.21.220.211
  1. A propos reguły atrakcyjności psychologicznej - nie jest jasne w Twej wypowiedzi, na czym polega moje rzekome złe rozumienie tychże.

Po drugie, piszesz: "wszystko zależy na jakim poziomie odwołań operuje poznający i poddawany ocenie atrakcyjny/nie atrakcyjny. Mieszając poziomy nigdy nie ustalisz czegoś sensownego, ani stałego."
Nie jest jasne: a) jakie konkretnie zależności masz na myśli; b)jakie (różne) "poziomy odwołań" masz na myśli; c) i wreszcie - co i gdzie rzekomo pomieszałem ;)

Aby Twa wypowiedź, a co za tym idzie, nasza polemika miała jakikolwiek sens - dobrze, gdybyś to sprecyzował...

2. Drugi akapit jest problematyczny, bo każde jego zdanie nie ma związku logicznego z poprzednim - nie widzę w nim żadnego spójnego toku rozumowania ;)

Odwołam się zatem tylko do haseł, które się tam pojawiają:
a) jaki związek z dyskusją ma teza, że wszystko da się łatwo (!) poznać drogą rozumu? (nikt nigdy czegoś takiego w historii ludzkości nie głosił)
b) jaki związek ma "poznawanie wszystkiego" z filozofią? Filozofia nigdy nie miała za swój przedmiot meritum tej dyskusji...
c) każdy sam musi odkryć miłość, dobro, prawdę - ok, ale jaki to ma związek z dyskusją? ;)
d)filozofowie raczej nie zajmują się kwestią istnienia miłości... Co najwyżej mogą badać jej pojęcie, dokonywać opisu fenomenologicznego etc.
(notabene - nie widzę związku pomiędzy regułami atrakcyjności a tezą o istnieniu, bądź nieistnieniu miłości)
e)filozoficzna debata nt. prawdy dotyczy raczej tego, jak rozumieć to pojęcie, a nie czy prawda jest, czy jej nie ma. Jak się domyślam pijesz tu raczej do relatywizmu teoriopoznawczego (który wtórnie (!) tej kwestii dotyka) - nie rozumiem jednak związku z tematem... ;)
f)nie słyszałem o nurcie w filozofii, głoszącym, że "dobrem jest o dobru nic nie wiedzieć" - zresztą też związku z tematem reguł atrakcyjności nie widzę...


Marcin od m. |
2009-07-28 15:05:14 | 213.192.98.104
  AD: piszesz za duzo, zeby to czytac jako komentarze...

tylko fragment - zle rozumiesz reguly atrakcyjnosci psychologicznej.

Atrakcyjnosc miewa swoje reguly, ale wszystko zalezy na jakim poziomie odwolan operuje poznajacy i poddawany ocenie atrakcyjny/nie atrakcyjny. Mieszajac poziomy nigdy nie ustalisz czegos sensownego, ani stalego.

A to, ze obiekty spoleczne poddawane domniemanej! ocenie atrakcyjnosci staraja sie wyprowadzic poznajacego w blad... no coz, gdyby rzeczywistosc byla latwa do ustalenia tylko droga rozumu, filozofia juz dawno nie miala by co robic, a to blogowanie nasze nie mialoby sensu, bo wszystko juz kazdy by wiedzial. Ale nie jest, i nadal jest tak, ze kazde pokolenie musi dochodzic od nowa do dobr moralnych - stad kazdy rocznik na nowo szuka milosci, dobra i prawdy. Choc niektore filozofie lubia starac sie udowodnic, ze tego wszystkiego nie ma. Czyli udowadniaja, ze prawda jest to, ze prawdy nie ma, dobrem jest o dobru nic nie wiedziec, bo jego tez nie ma, a milosc? to tylko wymysl romantykow...


AD |
2009-07-27 12:22:25 | 83.21.97.72
  Jeszcze jednak uwaga metaprzedniotowa:
doprowadzanie tezy, z ktora sie dyskutuje, do absurdu (zwłaszcza, jeśli dokonywane jest poprzez daleko idące wyinterpretowywanie) prowadzi tylko do intelektualnego onanizmu, a nie do autentycznej dyskusji...


AD |
2009-07-27 12:18:12 | 83.21.97.72
  Uwaga metaprzedmiotowa:
Dyskusja o prawdziwości jakiegokolwiek zdania w oparciu o - niesystematyczne i metodologicznie wątpliwe zresztą - prywatne obserwacje dotyczące tego, jak jacyś tam ludzie zdanie to rozumieją, jest równie absurdalne, co ustalanie wyniku równania matematycznego poprzez badania ankietowe wśród uczniów szkół podstawowych...

Ponadto logicznie i metodologicznie naganne jest rozumowanie wg nastepującego schematu:
1. Jasiu podał regułę mówiącą, że atrakcyjna kobieta musi "być niezależną"
2. Kasia zamykając się na innych stwierdziła, że chce być "niezależna"
3. Zatem reguła Jasia mówi o zamykaniu się na innych.

To durne wnioskowanie to klasyczny przykład błędu logicznego - ekwiwokacji...


AD |
2009-07-26 14:01:13 | 83.21.90.6
  1. Czym są reguły. Myślę, że podobnie jak eliasz patrzysz na te reguły dośc płytko - z perspektywy tego, co bym nazwał psychologią introspekcyjną. Tymczasem ich sens pokazuje psychologia ewolucyjna. Kazda z takich regul, ktore mają charakteryzować zachowanie "prawdziwego faceta" (notabene odrzucam podobnie jak andalo odróżnienie dobry na faceta vs dobry na męża - psychologia ewolucyjna pokazuje, dlaczego cechy "dobrego faceta" są cechami "dobrego męża"), jest przejawem cech charakteru osobnika dojrzałego, odpowiedzialnego, pogodzonego z sobą, ze swą naturą, Podobnie z regułami dot. kobiet.

a) niezależność
- jest oznaką dojrzałości. Nic tak nie niszczy związków, niż zależność jednego z małżonków - od nałogów począwszy, na uzależnieniu emocjonalnym skończywszy (uzależnieniu od rodziców, a nawet emocjonalnym uwieszeniu się na małżonku). Niezależność jest czymś, o co trzeba się starać - zwłaszcza dlatego, że w związku możesz się uwiesić na drugiej osobie - "zachowywanie jej" jest zatem wskazane. Wbrew temu, co piszesz, niezależność nie jest przeszkodą, ale warunkiem udanej relacji. Autonomiczna jednostka jest atrakcyjniejsza od uzależnionej - nic w tym dziwnego nie widzę.

b) nie uganianie się
- tu znów dotykamy kwestii "uwieszenia się". Są sytuacje, w których uczynienie z drugiej osoby całego świata ma charakteru patologiczny. Powoduje, że przestajemy dojrzewać, rozwijać sie, a ostatecznie przestajemy dawać cokolwiek drugiemu. Dobry związek to taki, w którym druga osoba jest wyzwaniem, a nie klakierem. Ponadto, kobiety desperacko uganiające się za facetami zdradzają niedojrzałość emocjonalną, mogą wstępować w relacje nie w dojrzały sposób, ale w celu "terapeutycznym" (np. redukcji deficytu emocjonalnego - przeważnie jest to nieświadome - chcą faceta z egoistycznych pobudek). To zrozumiale, że podświadomie stają się nie atrakcyjne.

c) tajemniczość
- dlaczego jest atrakcyjna? Bo płytkość, trywialność jest nieatrakcyjna. Kobieta tajemnicza to taka, która nie jest emocjonalną ekshibicjonistką, ma w sobie też jakąś glebie. Jest jak Tajemnica, która pociąga by ją zgłębiać, ale która nie okazuje się trywialna po pięciu minutach. Myśle, ze kazdy facet chciałby mieć ciekawą, niebanalną kobietę. Kobietę, którą stanowi dla mężczyzny wyzwanie - nie dlatego, ze coś udaje, ale dlatego, ze taka jest!

d) niedosyt
- sprawa jest banalna i krytycy tej reguły chyba udają Greka... ;) Jaka jest alternatywa? Przesyt, utrata apetytu na więcej... Otóż ta regula jest banalna, gdyż stwierdza de facto, iż atrakcyjna kobieta to taka, z którą obcowanie zachęca do dalszego poznawania, przebywania etc. Taka, która nadal jest wyzwaniem dla mężczyzny. Mówiąc kolokwialnie: nie jest "łatwa"... Jeśli ktoś z dyskutantów woli kobiety, które pozostawiają uczucie... przesytu, to oryginały z Was ;)

e) opanowanie
- która kobieta jest atrakcyjniejsza - histeryczka, czy dojrzała, opanowana dama? Która sie nadaje lepiej na matkę dzieciom? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie... I nie udawajcie Greka... ;)

f) dysponowanie czasem
- ja bym powiedział, ze jest to element dysponowania sobą, a wiec omawianej w pkt. (a) autonomii osoby.

g) nie tracenie humoru
- zapewne zwłaszcza w sytuacjach trudnych. Osoba zdrowa, nie panikująca, potrafiąca zdobyć sie na dystans, ale rownież zachować odrobinę pogody ducha wobec trudności. Dlaczego taka pogodna osoba jest atrakcyjna?! Pleeeease ;)

h) cenienie siebie
- trzeba mieć do siebie szacunek, nie poniżać się, nie ulegać szantażom emocjonalnym drugiej osoby. Czy chcielibyście za matkę kobietę która sie ceni, czy taką która sie nie ceni, nie szanuje?

i) inne pasje
- znów chodzi o to, aby nie uwieszała sie na mężu, aby była autonomiczną jednostką. Dzięki temu może tez cos wnieść do związku - bo nie jest tylko klakierem, fanem męża, ale wyzwaniem dla niego...

j) ciało jako maszyna
- dziwnie sformułowane. Nie wiem, co autor mial na myśli. Powiem tylko tyle, że dobrze jeśli kobieta zna swoje ciało i jest jego przyjacielem.

Jarema napisał, ze reguły te moga być opacznie zrozumiane. MOgą. Jak każde zdanie - ze zdaniami wyjętymi z Biblii na czele ;) Zatem nie jest to wg mnie argument, aby wylewać dziecko z kąpielą i potępiać je, bo jakaś tam Zosia je wypaczyła...


Jarema |
2009-07-25 23:41:11 | 188.33.10.178
  Witaj AD! Dziękuję za komentarz.
Czy wspomniane reguły mają skłaniać do udawania? Nie pisałbym o tym w ten sposób, gdybym nie widział, co dzieje się z ludźmi próbującymi w praktyce stosować te i setki innych reguł pochodzących z szeroko pojętej "psychologii pozytywnego myślenia". Bardzo rzadko odbiorcy tego typu podręczników uprawiają dogłębną refleksję nad istotą podobnych regułek, częściej próbują na drodze siły woli wyrobić czysto zewnętrzne zachowania. To jednak nie pozostaje bez skutków dla ich serc, które pozostają pod głęboką skorupą.
Reguły te zazwyczaj nie są zresztą narzędziami głębokiej przemiany, idącymi za jakimś większym dobrem, a raczej są próbą wyrobienia w sobie narzędzi obrony przed trudnymi sytuacjami w życiu (co poniekąd przyznała Andalo), lub metod „zdobywania” osoby płci przeciwnej. Takie podejście rodzi pewne niebezpieczeństwa. W przypadku obrony przed światem pojawia się niebezpieczeństwo cynizmu: ze strony świata czekają na mnie różne zagrożenia, więc ja muszę pogrywać sobie ze światem takimi metodami, jakimi on pogrywa sobie ze mną – de facto muszę więc dostosować się do tego, czego chce ode mnie świat. Czym jest ten świat? Mówisz o moich uprzedzeniach, więc całkowicie się podpisuję pod uprzedzeniami wobec tego, co nazywam „światem” – mam na myśli cały dyskurs popkulturowy, to, co nazywaliśmy w dawnych czasach „NRD”. Związki między kobietą a mężczyzną w świecie NRD opierają się bowiem między innymi na regułach hedonistycznych: najgorszym wrogiem związku jest nuda. Żeby więc utrzymać się w związku z mężczyzną, kobieta musi dbać o to, żeby być tajemnicza, pozostawiać go z uczuciem niedosytu (reguły 3 i 4), musi zawsze utrzymywać poczucie humoru (reguła 7) – jeżeli tego nie będzie, wkradnie się nuda i rutyna. Innym wrogiem związku w NRD są sytuacje, kiedy trzeba się trochę nad związkiem natrudzić, choćby w tym celu, żeby przyjąć trudne emocje drugiej strony lub niedomaganie ciała. W związku z tym kobieta musi „być przy nim zawsze opanowana” (reguła 5) i „traktować swoje ciało jak dobrze wyregulowaną maszynę” (reguła 10).
Reguły owe zatem, zamiast stanowić narzędzie obrony przed światem, de facto prowadzą do uwikłania się w ten świat, a wręcz uzależnienia od niego. Tymczasem to my mamy świat kształtować, a nie poddawać się jemu, a już najmniej temu, co w nim najgorsze. Raczej szukać ludzi o podobnych wartościach do naszych, ludzi, wśród których będziemy mogli czuć się naturalnie i nie będziemy musieli ciągle trzymać gardy.
Napisałeś, że owe reguły to „przede wszystkim psychologiczne prawa ukazujące, jakie cechy osobnika powodują, ze jest on atrakcyjny w oczach płci przeciwnej” i że generalnie sądzisz, że „wszystkie one są sensowne i głeboko zakorzenione w naszej naturze - w większości przypadków socjobiologiczne do wyjaśnienia...”. Tu musielibyśmy się zastanowić głębiej nad poszczególnymi regułami, ale widzę kilka błędów w Twojej wypowiedzi. Przede wszystkim fakt, że coś jest nawet biologicznie uzasadnione jeszcze nie czyni tego dobrym, chyba, że człowieka redukujemy do czystej biologii i postulujemy roussowski powrót do natury. Tymczasem to, co czyni człowieka człowiekiem, to jest też wykraczanie poza własną biologię. Ale to nie wszystko. Przede wszystkim wątpię w samą sensowność tych reguł, a nawet w stwierdzenie, że ww. cechy powodują atrakcyjność kobiety w oczach mężczyzny. Wszystko zależy od tego, o jaką atrakcyjność nam chodzi – czy o zdobycie seksualnego partnera, samca bądź samicy alfa, czy też o stworzenie zdrowego i trwałego związku, którego podstawą będzie miłość. Na pewno nie jest tak, że mężczyźni szaleją za kobietami, które dążą do niezależności od nich – ta niezależność może okazać się w pewnym momencie w ogóle sprzeczna z miłością, niezależnie od tego, czy chodzi o mężczyznę, czy o kobietę. Podobnie „tajemniczość” czy „niedosyt” – jeżeli wyobrażam sobie ideał małżeństwa, to będzie to na pewno relacja, w której będziemy się z moją ukochaną coraz bardziej otwierać na siebie, i nie będziemy wyliczać, ile miłości damy sobie nawzajem - a to wyklucza utrzymywanie drugiego w stanie niedosytu i utrzymywanie tajemniczości.
Ponadto wszystko zależy od odpowiedniej interpretacji tych reguł i powiązanych z nimi cech. Rzecz jasna pewne cechy, takie jak poczucie humoru, opanowanie czy zdrowe poczucie własnej wartości są cechami dobrymi i przyciągającymi osoby płci przeciwnej. Także odpowiednio rozumiana niezależność (w sensie wierności prawdzie i nieuzależniania się od drugiej osoby, jej emocji i zachcianek) jest dobrą wartością. Jednak diabeł tkwi w kontekście. Ze względu na ten kontekst nie dałbym głowy, że owe reguły przez gros odbiorców są interpretowane właśnie tak, jak to napisałem przed chwilą. Znamy dobrze „niezależne, zołzowate profesjonalistki” lub „niezależnych, brutalnych pracoholików”. To właśnie oni mają największe problemy ze stworzeniem trwałego związku, z wyjściem ze swojego egoizmu w kierunku miłości.



AD |
2009-07-25 19:52:22 | 79.186.223.46
  W tej chwili nie mam czasu precyzyjnie odnieśc sie do poszczegolnych punktów jednak parę myśli na gorąco:

Slusznie piszesz, że udawanie nie ma sensu i trzeba być autentycznym. Sek w tym, czy wspomniane reguły mają skłaniac do udawania? MZ postawiłeś sprawę dna głowie. Reguły atrakcyjności to przede wszystkim psychologiczne prawa ukazujące, jakie cechy osobnika powodują, ze jest on atrakcyjny w oczach płci przeciwnej. Nie wiem, czy wszystkie z przytoczonych reguł dadzą sie obronić,czy nie. Do jest pewnie kwestia do bardziej szczegółowej analizy (zasadniczo zgadzam się z pierwsza wypowiedzią andalo - BTW myśle, ze andalo dała sie wpuscić w kanał elaszowi, co do "idealności" prezentowanej przez niego wizji. Ta wizja nie jest idealna, ona jest po prostu nie pełna...). Generalnie jednak sądzę, ze wszystkie one są sensowne i głeboko zakorzenione w naszej naturze - w większości przypadków socjobiologiczne do wyjaśnienia...

Nie warto walczyć z wiatrakami - lepiej dobrze zrozumieć sens tych reguł. Nie po to by je "zewnetrznie" stosować, udawać kogoś, kogo one opisuja. Raczej chodzi o to, aby odkryć dzieki nim nasze naturalne głebokie pragnienia... Tu nie chodzi wcale o jakąś wizję "swiatową" jak sugerujesz (myśle, że wychodzą tu Twoje uprzedzenia po prostu) ale - jak napisała andalo, o reguły ktore pomagają poznac sie na delikwencie(tce) i mają nie kulturowe jak niektorzy tu sugerują, ale biologiczne uzasadnienie...


andalo |
2009-07-18 21:56:43 | 87.206.35.108
  @Eliasz
ja też odwołuję się do książek. ale chodziło mi o to, że często używasz żargonu teologicznego, który jest dość wyabstrahowany - stąd takie wrażenie. ja osobiście go zresztą nie lubię. wolę mówienie o wierze prostym (choć nie prostackim) językiem. fajnie, że napisałeś o własnych doświadczeniach.

w tym drugim zgadzam się z Wami. ja zadałam to pytanie mojej przyjaciółce, psychologowi, jak to jest, że przyciągają się osoby, które mają to samo zranienie i czemu ma to służyć. a ona powiedziała: "po to, aby wspólnie przepracować ten problem". więc zranienia nie są tylko problemem, są też szansą.

@Marcin
dlatego cieszę się, że w końcu się udało. no i ta Wasza historia, którą opisał Jarema - która pokazuje Twoją otwartość na prowadzenie intuicji. fakt, to jest też kwestia dojrzałości obu stron, które są gotowe do przyjęcia siebie samymi takimi, jakimi są i gotowe do przezwyciężania własnych zranień i lęków. kwestia spotkania właściwej osoby. kwestia zachowania cierpliwości i ufności, jeśli jeszcze się jej nie spotkało...


eliasz |
2009-07-18 11:16:40 | 89.78.248.242
  Marcinie, oczywiście, "zaklęty krąg" tylko w sensie pewnego "kręcenia się w kółko" w tych samych złych doświadczeniach i trudności wydostania się z niego. Natomiast jak najbardziej podobnue jak Wy, uważam, że to wydostanie się jest możliwe i jest zadaniem, "czymś do pokonania i przeskoczenia".


Marcin od m. |
2009-07-17 21:23:28 | 77.114.19.44
  moje doswiadczenie brzmi bardzo bardzo podobnie. oprocz stazu krotszego. Zgadzam sie calkowicie co do tego opisu malzenstwa, milosci i idealow.

Za to co do przyciagania sie przez poranionych... To na dluzsza rozmowe, ale jako przez przypadek malzenstwo dwojga psychologow, nie zgadzamy sie, ze to zaklety krag. Predzej zadanie, cos do pokonania i przeskoczenia.


eliasz |
2009-07-17 18:14:29 | 10.146.142.113, 194.140.255.239
  "Eliasz, nie mogę się pozbyć wrażenia, że cały czas przebywasz w jakiś idealnym, wyabstrahowanym świecie. Dużo wiesz, jak być powinno - i to już wychodzi w kolejnej dyskusji. Za mało jest w Tobie prób zrozumienia, jest chęć udowodnienia własnego zdania i swojej racji, w oparciu o przykłady z książek. Za mało piszesz o życiu - stąd mam wrażenie, że nie wiesz, jak jest. Radzę Ci przede wszystkim porozmawiać trochę z kobietami ze swojego otoczenia, które żyją w pojedynkę i posłuchaj, co mówią o mężczyznach, których spotykają. A potem dopiero wyrób sobie swoje własne zdanie na ten temat."

Być może pewne rzeczy, o których piszę, jak relacja mężczyzny i kobiety oparta na dojrzałej miłości, wydają Ci się abstrakcją albo idealizowaniem dlatego, że ich dotąd nie doświadczyłaś, a patrzysz na sprawę przez pryzmat swoich dotychczasowych negatywnych przeżyć. Jeżeli tak, to nie dziw się, że zależy mi na tym, aby przekonać Cię, że nie jest to "niemożliwa do zrealizowania na ziemi utopia". Jeżeli o mnie chodzi, przed zawarciem małżeństwa miałem nieszczęście być w kilku toksycznych relacjach, więc naprawdę "wiem jak to jest", jeżeli chodzi o różnego rodzaju gierki, uzależnienia, nie szanowanie siebie, kłamstwa, manipulowanie sobą nawzajem itd. Z kolei będąc od 11 z górą lat w sakramentalnym związku małżeńskim i budując stopniowo z pomocą Bożej łaski więź opartą na prawdziwej miłości, zaufaniu, wzajemnej służbie, naprawdę doświadczam tego, że to wszystko nie jest jakimś "nieosiągalnym ideałem", ale czyms, do czego Pan Bóg nie tylko powołuje, ale i pomału uzdalnia. Widzę też kolosalną różnicę pomiędzy jednym i drugim i dobrze wiem, jak trudno osobie uwikłanej w oparty na błędnych zasadach związek, lub mającej za sobą tego rodzaju negatywne doświadczenia, w ogóle uwierzyć, że może być zupełnie inaczej. Nie mowię, że nie było żadnych kryzysów, albo że małżeństwo to czysta sielanka. Jednak pomimo burz nasza łódź nie zatonęła, a z Bożą pomocą uczymy się każdego dnia prawdziwej miłości, odpowiedzialności, wierności, wytrwałości, wyrozumiałości...

Z resztą, czy ten zarzut, że ja ciągle tylko teoretyzuję i odwołuję się do przykładów z książek nie jest jakąś projekcją? Czy to nie Ty czasem często odsyłasz adwersarza do "stosownej lektury" (odsyłam do Bradshawa, patrz Eldredge:)

Co do ostatniej rady, nie wydaje mi się ona zbyt sensowna: "posłuchaj, co [kobiety żyjące w pojedynkę] mówią o mężczyznach, których spotykają." Zwłaszcza, jeżeli masz na myśli kobiety, mające jakiś uogólniony "problem z mężcyznami". Jest to grupa, której postrzeganie mężcyzn może być wyjątkowo nieobiektywne, oparte na samych negatywnych przykładach. Wiadomo np., a znam to z autopsji, że osoby ze zranieniami psychologicznymi mają skłonność do przyciągania określonych typów osobowości, "dopasowanych" do ich zranień. W tym przypadku jest to "zaklęty krąg" negatywnych doświadczeń, z których wydostać się można tylko przez uzdrowienie najpierw własnego wnętrza, uczuć, uporządkowanie spraw duchowych, a potem dopiero podejmowanie prób nawiązania zdrowej relacji, bez odwoływania się do "balastu przeszłości".


andalo |
2009-07-15 15:08:39 | 62.111.245.106
  Nadzieja dobrze mówi - łatwo jest być otwartym, jak się w tej sferze nie miało problemów i od razu trafiło się na odpowiednią osobę. O wiele trudniej - gdy się ciągle nie trafia.

Nie zgadzam się Wami. W "zołzach" nie chodzi o manipulowanie kimś, żeby go złowić. To jest raczej opis sytuacji, które mogą się zdarzyć i na które trzeba zwrócić uwagę. Po prostu. Bo one mówią o tym, jakim ktoś człowiekiem jest, czy właśnie w konkretnych zachowaniach jest dojrzały, uczciwy, prawy, etc. Ta książka mówi o konkretnych, codziennych przejawach. Wartości? Dużo ludzi je deklaruje, niewiele realizuje. Ktoś mi mówi o szacunku do mnie, ale spóźnia się na spotkania. Mogę to w milczeniu zaakceptować, bo może mi się wydawać, że powinnam, zwłaszcza, jeśli mam problemy z poczuciem własnej wartości. Mogę popracować nad poczuciem własnej wartości, zacząć czuć się pewnie, w kolejnej takiej sytuacji zakomunikować wprost, że jest moją potrzebą, aby ten ktoś się nie spóźniał. Zwłaszcza, jeśli kogoś się idealizuje i wszystko bierze się za dobrą monetę - co robi, uwierzcie mi, wiele kobiet. Bo trwałość relacji jest ważniejsza niż jej jakość. Trudno jest zrozumieć tę książkę komuś, kto nie jest kobietą.

Pisząc o Eldredge'u miałam na myśli książkę o ojcostwie, nie "Urzekającą". Poza tym gdzie w Polsce mieliście ojców, jak co najmniej poprzednie dwa pokolenia mężczyzn (nasi dziadkowie i poprzednicy) ciągle gdzieś walczyły i kobiety musiały radzić sobie same? To mówią znani psychologowie, więc nie jest to mój autorski pomysł.

Eliasz, nie mogę się pozbyć wrażenia, że cały czas przebywasz w jakiś idealnym, wyabstrahowanym świecie. Dużo wiesz, jak być powinno - i to już wychodzi w kolejnej dyskusji. Za mało jest w Tobie prób zrozumienia, jest chęć udowodnienia własnego zdania i swojej racji, w oparciu o przykłady z książek. Za mało piszesz o życiu - stąd mam wrażenie, że nie wiesz, jak jest. Radzę Ci przede wszystkim porozmawiać trochę z kobietami ze swojego otoczenia, które żyją w pojedynkę i posłuchaj, co mówią o mężczyznach, których spotykają. A potem dopiero wyrób sobie swoje własne zdanie na ten temat.

Co do hagiografii - zgadzam się, nie ma co przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę.

Nadaje się na faceta = nadaje się na partnera życiowego. Przepraszam za ten pojęciowy zamęt.

Od kiedy patriarchat jest czymś dobrym? Dziwne, bo ja słyszałam na wykładach u dominikanów, że jest to właśnie skutek grzechu pierworodnego (co słychać w Księdze Rodzaju, tam jest coś o panowaniu nad kobietą). Ale feminizm, który proponuje zastąpić władzę mężczyzn władzą kobiet, też nie jest dobry. To kolejna walka klas, tylko w innych barwach politycznych. Uważam, że każdy powinien mieć możliwość robienia tego, do czego został stworzony. Jeśli dostał jakiś talent, powinien móc go realizować, niezależnie od roli kulturowej jego płci. Tymczasem praca kobiet jest często deprecjonowana - zarabiamy mniej, zawody opanowane przez kobiety (mimo, że bardzo odpowiedzialne - np. przedszkolanka lub pielęgniarka) są gorzej płatne niż zawody zmaskulinizowane. Dlaczego?


Nadzieja Regionu |
2009-07-15 13:28:50 | 212.14.30.28
  Co do zasady zgadzam się z interpretacją Jaremy. Także trochę z doświadczeniami Andalo.
Mam takie ogólne wrażenie, że część z Was od razu trafiło na właściwą kobietę/meżczyznę. Gorzej, gdy dostaje się kilka razy po głowie, wtedy postawa "otwarta", bez grania, bez tworzenia granic, jest bardzo, bardzo trudna... A niektórzy nie mają niestety już m.in. sił na kolejne bolesne porażki. Więc budują "niezależność", by ew. niepowodzenie mniej bolało. Życie.


eliasz |
2009-07-14 22:27:30 | 89.78.248.242
  "ale te regułki nie są po to, by faceta zdobyć i toczyć z nim wojnę. raczej pomagają się zorientować, czy nadaje się na faceta i potrafi postępować odpowiedzialnie i dojrzale, czy też nie."

Są to regułki o charakterze dość egoistycznym i obronnym, a potrzeba ich stosowania wskazuje, że samemu jeszcze nie dojrzało się do budowania relacji opartej na miłości i prawdzie, zamiast polegania na gierkach i manipulacji sobą i drugim człowiekiem. Nie wiem, w jaki sposób którakolwiek z nich miała być pomocna do sprawdzenia, czy mężczyzna "potrafi postępować odpowiedzialnie i dojrzale".

Sprowadzają się one z jednej strony do prób nie bycia sobą z obawy przed odrzuceniem, z drugiej do starań, by nie dać z siebie zbyt wiele z obawy przed wykorzystaniem, czy zachować stosowny dystans z obawy przed zawłaszczeniem przez drugą stronę czy uzależnieniem od niej.

Na dobrą sprawę niektóre z nich wykluczają prawdziwą relację miłości. Tylko osoby obce są od siebie całkowicie "niezależne", podczas gdy prawdziwa więź oznacza właśnie zdrową zależność, wzajemną ufność, oddanie. To oczywiście niesie ze sobą ryzyko "przejechania się", gdy trafi się na osobę nieodpowiednią, ale bez podjęcia tego ryzyka zaufania drugiemu i powierzenia mu siebie tak naprawdę nie ma miłości. Tak samo jak nie ma relacji miłości, którą możnaby zbudować na sztucznym trzymaniu drugiej strony "na dystans", "w niedosycie" itp. ponieważ jeżeli naprawdę kocha się drugiego człowieka, nie próbuje się nim manipulować.
Wreszcie poleganie w relacji na własnej "atrakcyjności" oznacza niezrozumienie istoty prawdziwej miłości, której przedmiotem jest osoba, a nie jej cechy. Jeżeli kobieta chce sztucznie utrzymywać dobry humor, unikać łez itp. z obawy przed odrzuceniem, w gruncie nie wierzy ona w to, że jest kochana.

Poza tym - kategoria "czy nadaje się na faceta" w gruncie rzeczy jest zupełnie niekatolicka. Co to znaczy "nadaje się na faceta"? Dla niektórych znaczeń tego terminu schodzimy tu w stronę światowego sposobu myślenia aż do poziomu "jest przystojny", "jest dobry w łóżku" czy "ma pieniądze i drogi samochód".
Jeżeli natomiast pytamy "czy nadaje się na męża" i mamy na myśli nierozerwalny, sakramentalny związek to jest to zupełnie inna perspektywa. Wtedy mają sens pytania - własnie: czy jest wierzący, czy jest prawy, czy jest odpowiedzialny, dojrzały, czy panuje nad sobą i swoją zmysłowością, czy nie na nałogów itd.


"my naprawdę mamy tendencję do patrzenia przez palce i wybaczania zbyt wiele - i to wychodzi w rozmowach z wieloma koleżankami, które mają dokładnie ten sam problem."

Jakiś to dziwny pryzmat patrzenia - oni zawsze "źli" i "dranie", a waszym jedynym problemem jest "nadmierna dobroć i pobłażliwość"? A może jednak rzeczy "do poprawy" są rozłożone bardziej równomiernie po obu stronach? I może należałoby zacząć tę poprawę od siebie?

"zbyt wiele wieków uczono nas uległości i zależności (w złym znaczeniu tego słowa). i to ciągle jeszcze gdzieś w kobietach siedzi - nie bez powodu mamy teraz wysyp takich książek, jak "zołzy" czy "niegrzeczne dziewczynki"."

Czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że to co piszesz pozostaje pod wpływem feminizmu, ten zaś jest błędną ideologią, która fałszuje prawdę o relacji pomiędzy kobietą i mężczyzną, sztucznie ich antagonizując, wbrew zamysłowi Stwórcy? Wszak uległość żony wobec męża - ta dobrze pojęta - zapisana jest na kartach Pisma Św., tylko trzeba dobrze zrozumieć, że władza, którą Bóg powierzył mężczyźnie w rodzinie ma być natury służebnej... A wysyp książek o jakich piszez, jest nie tyle zdrowym odreagowaniem "błędów minionych wieków", co objawem coraz dalej idącej deprawacji współczesnej kultury...

"z kolei mężczyzn nie bez powodu uczy się teraz ojcostwa, bycia z dziećmi, zwłaszcza zaś z synami (patrz Eldredge) - skoro przez tak wiele stuleci byli nieobecni."

To ciekawe. Znawcy tematu (np. ks. J.Augustyn, autor książki o ojcostwie) uważają raczej przeciwnie, że to dzisiejsze czasy są okresem "kryzysu ojcostwa", którego jednym z przejawów jest właśnie nieobecność ojca, ale także podważanie roli ojca w rodzinie, wywracanie tradycyjnego rozumienia jego funkcji przez nowoczesne ideologie, w tym wspomniany feminizm. Muszą uczyć się na nowo ojcostwa, ponieważ współczesna kultura, w przeciwieństwie do krytykowany ch przez ciebie dawnych epok, zniszczyła właściwe wzorce w tej dziedzinie!


eliasz |
2009-07-14 10:35:26 | 89.78.248.242
  "nie całej. napisałam przecież, że trend zaczyna się zmieniać. za to średniowiecznej hagiografii po prostu nie daje się czytać. przykład: "Złota legenda", zresztą, dziełko dominikańskie."

Przyznaję, pojechałem za daleko tym kwantyfikatorem, sugerując coś czego nie powiedziałaś.

Tylko, że ta "zmiana trendu", o której piszesz, niekoniecznie jest zdrowa. Bywa bowiem przejawem innego współczesnego trendu, polegającego na fałszywym "odbrązawianiu" historii Kościoła (w tym także hagiografii), w taki sposób, aby go ostatecznie zohydzić. Skrajnym przykładem są podjęte jakiś czas temu we Włoszech próby udowodnienia, że św. o. Pio sam wypalił sobie swoje stygmaty przy pomocy żrącej substancji. Trzeba zdawać sobie sprawę z działania wrogów Kościoła, dla których optymalną wizją katolickiej hagiografii, którą należy lansować jest właśnie to, czego nie napisałaś, tj. udowadnianie, że składa się ona w przeważającej części z bajeczek, nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o cuda, bo tym to już "obowiązkowo" należy przypisać status "legendy", gdyż zbyt mocno potwierdzają działanie Boga w Kościele.

Otóż uważam, że przynajmniej część tego, Twoim zdaniem "korzystnego" trendu zmierzającego do rzekomo "bardziej realistycznego" spojrzenia na katolicką hagiografię stanowią właśnie zabiegi deformujące ją w duchu opisanym powyżej. Ta sama taktyka stosowana jest także na innych "odcinkach frontu", np. lansowanie takiej "egzegezy" Pisma Św., która pod pretekstem "bardziej realistycznego i krytycznego" spojrzenia na NT ostatecznie zmierza do zanegowania boskości Chrystusa, Jego cudów, zmartwychwstania itp.


Marcin od m. |
2009-07-13 23:20:02 | 77.115.254.234
  Przepraszam, ze znow ja... Nie mowie, ze ja pisze dobrze. Co my wiemy o zyciu? Spotkałem prawdziwego czlowieka w ten weekend. Te nasze pozy w relacjach - zolza, brutal, piotrus pan, slodki bandyta, cierpiacy dda, rozdrazniony inteligent, marudzaca 30letnia panna, falszywie zadowolona ze swoich sukcesow perfekcjonistka, zbuntowany kontestator wszystkiego, efemeryczny poeta w szaliku... kazde pokolenie przerabia to od nowa i od nowa. Czy nie mozemy wyciagnac wnioskow z poprzedzajacych nas? czy nie mozemy zadac sobie pytania - a moze oni maja racje? wieczna nastroszenie kolców przed hipotetycznym zranieniem. Wyobrazacie sobie milosc, ktora nie daje sie zranic? A On cofnal reke?

Urzekająca Eldredga to calkowite przeciwienstwo zołzy, hetery, diablicy, lwicy, kury domowej, profesjonalistki, malej dziewczynki, niegrzecznej dziewczynki, i kazdej innej niedojrzalosci albo pozy. Pozy, maski, kamuflarz itp. przybiera sie tylko ze strachu albo z agresji.


Marcin od m. |
2009-07-13 22:50:04 | 77.115.254.234
  Ania, Eldredge? Jesli tak, to co pisze do kobiet i o kobiecosci?? Tam gdzies jest o byciu zolza, niegrzeczna itd? Przeciez nie ma. I jak od stuleci nie ma mezczyzn, to jest duzo swiezsza sprawa, socjologiem i historykiem jestem słabym, ale to sprawa XX wieku.

Biedne jest to co piszesz.


Marcin od m |
2009-07-13 22:44:10 | 77.115.254.234
  Tak, podobnie jak lwice. Prowokują samca do walki i ten rzeczywiście musi ją pazurami zaczepić, żeby przy kopulacji nie uciekła. Fakt, to jest bardzo dobry i skuteczny test na samca. Tylko, że my mamy większą godność, a miłość wymiar ponad biologiczny. Test na takiego samca zda każdy facet przy prawdziwie kochanej kobiecie. Ale tej miłości nie sprowokuje się w ten sam sposób co kopulacji przez samicze prowokowanie.


andalo |
2009-07-13 22:31:27 | 87.206.35.108
  ale te regułki nie są po to, by faceta zdobyć i toczyć z nim wojnę. raczej pomagają się zorientować, czy nadaje się na faceta i potrafi postępować odpowiedzialnie i dojrzale, czy też nie. my naprawdę mamy tendencję do patrzenia przez palce i wybaczania zbyt wiele - i to wychodzi w rozmowach z wieloma koleżankami, które mają dokładnie ten sam problem. zbyt wiele wieków uczono nas uległości i zależności (w złym znaczeniu tego słowa). i to ciągle jeszcze gdzieś w kobietach siedzi - nie bez powodu mamy teraz wysyp takich książek, jak "zołzy" czy "niegrzeczne dziewczynki". z kolei mężczyzn nie bez powodu uczy się teraz ojcostwa, bycia z dziećmi, zwłaszcza zaś z synami (patrz Eldredge) - skoro przez tak wiele stuleci byli nieobecni.


Jarema |
2009-07-13 18:51:47 | 89.108.219.120
  W zasadzie Eliasz już wiele powiedział – bardzo podoba mi się ten komentarz... No i mało kto się odniósł tak naprawdę do konkretów, do mojej notki. Ale spróbuję powiedzieć parę słów po swojemu.
Prawdziwa miłość nie zna granic; polega też czasem na rezygnowaniu z siebie. Do jakiego stopnia? Tutaj ważny jest rzecz jasna rozsądek. Mam jednak taką intuicję, że stosowanie różnych regułek w celu zaznaczania granic i „zachowywania siebie” nie należy do logiki miłości, pochodzi raczej ze świata, w którym związek jest ciągłą walką dwojga osób. Nota bene, tak właśnie przedstawiały świat książki Andrzeja Samsona.
Granice, jak pisze Eliasz, trzeba stawiać złu, a nie drugiej osobie, chyba że to ona niesie zło. Ale wiązać się z osobą, która niesie zło – czy to ma sens?
Praktycznie jedyne możliwe zastosowanie tych regułek to obrona przed zranieniami, jakie może nieść ze sobą wchodzenie w relacje z drugim człowiekiem. Tylko nie można nikogo do końca pokochać, gdy chodzi się w zbroi, z tarczą, z półprzymkniętym sercem.
Andalo: piszesz o ustalaniu granic, a nie widzisz, że tak naprawdę te reguły są całkowitym pozbawieniem się jakichkolwiek granic. Tak naprawdę stosowanie „reguł atrakcyjności” jest bowiem przejawem postawy postawy wiernopoddańczej. Słowo to pochodzi od słowa „poddać się”. Konieczność stosowania tych reguł wynika właśnie z jakiegoś poddania się, z jakiejś kapitulacji. Ich obrona najczęściej idzie po następującej linii: „Cóż, niestety, musimy używać tych reguł, bo faceci już tacy są, że trzeba ich trzymać na dystans”. Dowody na to: - przekonanie o konieczności pilnowania swych granic, stwierdzenia „a który facet umie sobie poradzić z płaczącą kobietą?”, „faceci jakoś nie rezygnują ze swoich zajęć...”, „panowie, którzy dowartościowują się wmawiając swoim kobietom, że są do niczego”, „część rzeczy trzeba dzielić, ale część musi być tylko twoja - żeby nie wypalić związku”; inna koleżanka z kolei stwierdziła, że "jeśli się nie postawi twardych granic i nie zacznie częściowo ukrywać, to wam się nudzimy". Krajobraz po przegranej bitwie. Bitwie, dodam, o bardzo nędzny łup (o mężczyznę, który nie umie poradzić sobie z płaczącą kobietą, nie chce zrezygnować z żadnych swoich zajęć, który się nudzi normalną kobietą itp.).
Obraz, który z tego wyziera, jest jednoznaczny: gdyby faceci byli inni, to nie trzeba by było stosować tych reguł. Niestety, są jacy są, i trzeba się do tego przystosować. Trochę jak w polowaniu na niedźwiedzie. Niby chciałoby się misia pogłaskać po główce, ale że zwierzę może przy okazji odgryźć nam głowę, to trzeba przygotować plan polowania i strzelbę. Jak to się ma do miłości, do pięknego, realnego związku dwojga osób, dwojga dusz, pełnego szczerości i wzajemnego otwarcia? Otóż nijak, chyba, że uznajemy, że taka miłość nie istnieje, że „niestety świat nie jest tak piękny”, że trzeba poprzestać na miłostkach. A zatem w celu zdobycia ukochanej osoby musimy ją troszkę zmanipulować. Nie możemy pozwolić sobie na szczerą rozmowę, na szczere wyrażanie własnych uczuć, bo ta osoba tego i tak nie zrozumie. A zatem, żeby symbolicznie wygrać ową wojnę, zdobyć drugą osobę i być z nią na moich warunkach – muszę zastosować 10 punktów.
To jest stary schemat: porażka -> rozczarowanie -> przekonanie o tym, że życie jest gorsze, niż myślałem/am -> przemyślenie, co robić następnym razem, żeby już mieć kontrolę i żeby nie odnieść porażki -> dostosowywanie się do tego „złego życia”. W tradycji chrześcijańskiej mówi się o „kompromisie ze światem”. Dajemy sobie wmówić, że musimy być twardzi, porzucić część naszej szlachetności, wrażliwości, część wiary w człowieka, w Opatrzność itp. – bo „świat już taki jest”. Tym samym tropem idą – tylko dużo dalej – ci, którzy twierdzą, że „życie już dawno wygrało z Dekalogiem”.
A poza tym to jest pyrrusowe zwycięstwo. Nawet jeżeli jakimś cudem uda się już zdobyć tego wymarzonego faceta, to cały czas trzeba stosować regułki, bo jeżeli nie będę tego robić – to „on stwierdzi, że się zmieniłam”. Prawdziwą naiwnością jest natomiast liczyć na to, że „jak już go zdobędę, jak weźmiemy ślub, to go zmienię”. Chyba każdy i każda z nas zna setki przykładów, że to się nie sprawdza, a w niektórych przypadkach kończy dramatycznie. A poza całą naiwnością, to takie myślenie nawet koło miłości nie leżało.

Może teraz paść argument, jakobym był naiwnym idealistą, który wierzy w istnienie miłości bez manipulacji, szlachetnych mężczyzn itp.
Otóż tak to całkowita nieprawda. Ja w to nie wierzę. JA TO WIEM! I to nie jest wcale naiwne lub bezpodstawne, ale oparte na obserwacji wielu, wielu szczęśliwych małżeństw, wielu, wielu szlachetnych i mądrych mężczyzn (i kobiet, rzecz jasna, też). Od czasu do czasu przykład takiego małżeństwa przedstawiam u siebie na blogu.

Regułki te „działają” bowiem na szczególną grupę mężczyzn. Na tych, którzy – jak to mówi św. Paweł – są „ze świata”. Używam, za niejakim ATW z Forum Frondy, określenia „śfjat”. Jak mówi ks. Marek Dziewiecki, „Duch tego świata obiecuje nam szczęście łatwe i szybkie, szczęście bez stawiania sobie wymagań, podczas gdy Bóg nie zwodzi nas, lecz stawia jasne warunki: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie miej żadnych bożków, zło zwyciężaj dobrem, kochaj nawet nieprzyjaciół...” Śfjat to potęga budowana na chciwości pieniądza, zasadzie przyjemności (i przyziemności), na popkulturze.
Taki mężczyzna faktycznie:
- będzie nieustannie naruszał granice godności kobiety (reg.1);
- będzie traktował kobietę kochającą i otwierającą serce z pogardą (reg.2 i 3);
- znudzi się kobietą, która nie będzie roztaczała wokół siebie „aury tajemniczości” (reg. 3);
- potrzebuje ciągłego stymulowania „poczucia niedosytu”, gdyż sam nie wykazuje żadnej wstrzemięźliwości połyka wszystko, co ma na drodze (reg. 4);
- będzie irytował się płaczem kobiety, nie będzie chciał dawać sobie z nim rady, a nawet może odrzucić kobietę ze względu na jej emocjonalność i „nieopanowanie” (reg. 5);
- nigdy nie zrezygnuje z żadnych swoich zajęć dla ukochanej (reg. 6 i 9);
- odrzuci kobietę za to, że ta „stęka i marudzi” (reg. 7);
- dowartościowuje się wmawiając swojej kobiecie, że ta jest do niczego na różne sposoby (reg. 8);
- zerwie z kobietą, gdy poczuje, że związek „się wypala” (czyli kiedy mu się ona znudzi) (reg. 9);
- nie zniesie żadnego „niewyregulowania ciała” u kobiety (reg. 10).

Jeżeli chcecie Panie takiego mężczyznę, to powodzenia. Konsekwentne stosowanie 10 reguł, jak podejrzewam, zapewni Wam zdobycie jego se... przepraszam... pompy ssąco-tłoczącej sterowanej elektronicznie.


andalo |
2009-07-13 08:58:04 | 62.111.245.106
  @Eliasz
nie całej. napisałam przecież, że trend zaczyna się zmieniać. za to średniowiecznej hagiografii po prostu nie daje się czytać. przykład: "Złota legenda", zresztą, dziełko dominikańskie.


eliasz |
2009-07-11 21:48:46 | 89.77.150.155
  A ja myślę, że sprowadzanie całej katolickiej hagiografii do rangi zbioru legendarnych i przesłodzonych opowiastek ukazujących sztucznie wybielone postaci jest niczym innym jak spotwarzaniem jej.

Poza tym, dla naszej dyskusji ważne nie jest to, czy święci mieli swoje niedoskonałości, bo wiadomo, że je mieli, ale to, że w ich życiu dzięki działaniu Bożej łaski jaśniała nadprzyrodzona cnota miłości, wbrew twojej tezie, że tu na ziemi jest to "niemożliwy do zrealizowani ideał". Jeżeli dawne przykłady są dla ciebie zbyt "legendarne", to można przytoczyć całą masę współczesnych. Choćby te dwa: św. Maksymiliana Kolbego, oddającego swoje życie za współwięźnia, czy św. Joanny Beretty Molli, decydującej się z narażeniem własnego życia donosić ciążę. To są konkretne czyny ukazujące heroiczność cnót, miłość potężniejszą niż smierć: "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich." (J 15,13)

Notabene, w naszej fraterni na Służewiu mamy "niewyretuszowanego" bł. Frasattiego z fajką, na zdjęciu takim jak tu:
http://www.duszpasterstwo-pielgrzym.krakow.pl/index.php?show=patron2


andalo |
2009-07-11 15:31:40 | 87.206.35.108
  @Eliasz
Mam wrażenie, że nie wiesz, jak konstruuje się hagiograficzne legendy. Święci są często idealizowani, podrasowywani, wybielani, a to, co nie pasuje do ideału, jest czyszczone. Chociażby znany przykład z Frassatim i z fajką. Na szczęście ten trend też zaczyna się w KK zmieniać. Ludzie nie chcą czytać przesłodzonych opowiastek, a zobaczyć, że świętość nie jest równa doskonałości, że taki święty jest jak najbardziej człowiekiem z ludzkimi niedoskonałościami, chociaż równocześnie działa w nim szczególna łaska. Bo doskonały jest tylko Bóg.

Powtarzam: trzeba dążyć do ideału - zwłaszcza we własnym życiu, aby przyczyniać się do dobra w świecie, nie zła. Ale trzeba też być realistą i zdawać sobie sprawę, że z naszych dobrych chęci też mogą wychodzić złe rzeczy (mój ulubiony cytat z Rz 7.19, który mam przed oczami na biurku od wielu, wielu lat).


eliasz |
2009-07-11 15:13:04 | 89.77.143.61
  "to co piszesz o miłości, to jest piękny i dojrzały ideał. ale ideał. ale na ziemi niemożliwy do zrealizowania. a chociażby przez to, że wszyscy jesteśmy dotknięci skutkami grzechu pierworodnego i nasze relacje z innymi ludźmi też są tym obarczone."

Wiara katolicka mówiąc o miłości bliźniego w wymiarze Krzyża nie wskazuje "ideału", będącego tylko piękną utopią, niemożliwą do zrealizowania na ziemi, ale realny cel, możliwy do osiągnięcia z pomocą łaski.
Owszem, jesteśmy dotknięci skutkami grzechu pierworodnego, ale też poddani działaniu Bożej łaski, której moc przekracza moc grzechu i jest w stanie uczynić z każdego z nas "nowego człowieka", żyjącego według Ducha. Zaprzeczanie temu byłoby herezją. Poza tym historia Kościoła dostarcza wielu przykładów świętych i błogosławionych - również żyjących w małżeństwach i wzorowo wypełniających swoje obowiązki stanu, które są potwierdzeniem tego, że prawdziwa miłość chrześcijańska nie jest "utopią" niemożliwym do zrealizowania na tym świecie.

Zgoda, że ze względu na naszą grzeszność ta miłość zawsze będzie w życiu doczesnym jeszcze miała pewne ułomności, zwłaszcza u nas, nie będących "wielimi" świętymi... Tym niemniej twierdzę, że zasadnicze jej rysy dadzą się odnaleźć u każdego, kogo cechuje zdrowa pobożność, wyrażająca się w dążeniu do własnego uświęcenia.


ew |
2009-07-11 14:26:20 | 89.79.198.240
  Marcinie, Jaremo - ta książka jest dla kobiet i to pewnego, określonego typu kobiet - zbyt grzecznych panienek. Mi osobiście otworzyła oczy i pomogła nazwać błędy, jakie popełniałam w relacjach z facetami. I dlatego uważam, że jest dobra. Trzeba odsiać plewy, ale jest tam sporo prawdy.


andalo |
2009-07-11 13:31:02 | 87.206.35.108
  @Eliasz
to co piszesz o miłości, to jest piękny i dojrzały ideał. ale ideał. ale na ziemi niemożliwy do zrealizowania. a chociażby przez to, że wszyscy jesteśmy dotknięci skutkami grzechu pierworodnego i nasze relacje z innymi ludźmi też są tym obarczone. i to się ciągnie przez pokolenia, jak chociażby niezdrowe schematy zachowań, powielane przez niektóre rodziny (alkoholizm - w Polsce szczególnie częsty problem, przemoc fizyczna, przemoc emocjonalna, molestowanie czy nawet uzależnienie od religii - też takie jest). po szczegóły odsyłam do Bradshawa.

oczywiście, należy starać się, żeby zła było jak najmniej i do tego ideału dążyć już tutaj, na ziemi. ale w pełni jest on niemożliwy do zrealizowania.

dużo napatrzyłam się na związki innych ludzi, nawet takie, które wydawały mi się udane i pełne miłości. tam również dochodziło do kryzysów, konfliktów i spięć, dokładnie takich, jak je opisano w "Zołzach". przy czym ciągle należy pamiętać, że ta książka jest modelem - opisuje sytuację, która w czystej postaci w przyrodzie nie występuje.


Laura |
2009-07-11 09:53:59 | 213.156.122.34
  Powiedziałabym wyraźniej to, co gdzieś przewija się w komentarzach. Z pewnością inaczej sytuacja wygląda przed związkiem, w fazie poznawania, zauroczenia, zakochiwania, wówczas te 10 punktów, ogólnie ujmując (bez przesady w którąkolwiek ze stron), nie będzie niczym złym. Natomiast sprawa wygląda nieco inaczej, kiedy jesteśmy w relacji miłości. I o ile żadna rozsądna dziewczyna nie rozpłacze się na trzeciej randce, o tyle nie wyobrażam sobie, że nie pozwoli sobie na rozpłakanie się wobec swojego ukochanego (co, Andalo, nie znaczy, że facet wie, co począć ze łzami kobiety;-) Przykłady oczywiście można mnożyć. A druga rzecz: "kochaj bliźniego, jak siebie samego", to chyba niezły sposób na niepopdnięcie w skrajności, o których mowa.


eliasz |
2009-07-10 22:23:41 | 89.77.143.61
  "Powiedz mi, czy bardziej szanujesz kobietę, która wie, czego chce i umie postawić granicę, czy taką, która jest na każde Twoje wezwanie, we wszystkim Ci ustępuje, we wszystkim się poświęca i cokolwiek zrobisz - nawet jeśli ją obrazisz czy skrzywdzisz - będzie za Tobą chodzić jak pies?"

Obraz, jaki nakreśliłaś w celu obrony wartości "reguł atrakcyjności", mający stanowić przykład ich niestosowania, jest przesadzony, właściwie z pogranicza jakichś zaburzeń na poziomie psychologicznym. A przecież Jarema w swojej krytyce tych "zasad" wyraźnie zastrzega, że nie chodzi mu takie ich podważanie, które polegałoby na popadaniu w przeciwległą, niezdrową skrajność:
- "zależność nie oznacza rzecz jasna uzależnienia!"
- "Owszem, zaborcze uganianie się za drugą osobą nie prowadzi do niczego dobrego"
- "Owszem, czasem pewnych rzeczy nie należy za głośno gadać"
- "Nie należy tego [miłości] rozumieć jako wykonywania wszystkich jego zachcianek, zwłaszcza tych złych i głupich
- "Oczywiście nie jestem zwolennikiem poniżania siebie i taplania się w kompleksach"

W przypadku osoby, która "we wszystkim ustępuje", "we wszystkim się poświęca", "chodzi za kimś jak pies nawet, gdy zostanie obrażona lub skrzywdzona" możnaby mieć poważne podejrzenia jakichś problemów psychologicznych, np. zaburzonego poczucia własnej wartości i godności, psychicznej niedojrzałości, trudności z wyrażaniem własnego zdania i podejmowania samodzielnych decyzji itp.

Nie o takiej (przejaskrawionej, źle rozumianej) opozycji wobec tych zasad mówił Jarema, ani też nie to miałem na myśli ja, przeciwstawiając im "zasady miłości".

Prawdziwa miłość jest dojrzała i nie polega na wynikającym z psychologicznych zranień uzależnieniu, pozwalaniu na traktowanie siebie w sposób niegodny, poniżanie lub wykorzystywanie. Prawdziwa miłość jest wolnym darem z siebie - w przeciwieństwie do działań płynących z zaburzeń osobowości, które wolne nie są. A więc zakłada pewną integrację własnej osobowości, pewną dojrzałość emocjonalną, zdolność do podejmowania wolnych decyzji opartych na rozumnej i roztropnej ocenie sytuacji i drugiego człowieka.

A co do konkretnych zachowań, o których piszesz, to:
- czy to "zbyt duże dawaniu siebie" nie bywa nieraz nieświadomą formą pewnego narzucania się, które tak naprawdę płynie z potrzeb osoby pragnącej "za dużo dawać"? Wszak zdrowe "dawanie" powinno być bezinteresowne i dostosowane do potrzeb "przyjmującego"...
- "pilnowanie harmonogramu własnych zajęć" - w dojrzałej relacji to druga strona powie ci - "nie wygłupiaj się i nie rezygnuj z tego dla mnie, bo przecież wiem, że to jest ważne (np. dla twojego zdrowia, wykształcenia, planów zawodowych itd.); z drugiej strony trochę inaczej wygląda to "pilnowanie własnego harmonogramu" w narzeczeństwie, a inaczej w małżeństwie - raczej trudno, żeby ojciec trójki dzieci powiedział swojej żonie: "wybacz kochanie, ale w poniedziałek i środę mam siłownię, we wtorki i w piątki tenisa, a w weekend jadę z kolegami na górską wycieczkę", bo tu już dużo większy priorytet musi mieć "harmonogram wspólny" związany z życiem rodziny
- "zawsze opanowana, zawsze zachowując poczucie humoru" - to jakaś zupełna psychologiczna utopia; zgoda, jeżeli jest się histeryczką lub wieczną zrzędą, trzeba z tymi wadami walczyć, ale poza takim skrajnymi przypadkami najlepszą radą w tym punkcie jest właśnie owo "być sobą", tj. okazywać drugiej stronie prawdziwy stan swoich uczuć myśli itd., a nie wydumaną sztuczną "fasadę", dzięki której nie straci się "atrakcyjności"; jeżeli mężczyzna kocha kobietę prawdziwie, to kocha ją i wtedy, gdy jest radosna, i wtedy, gdy jest zmartwiona, czy podenerwowana - może w tym drugim przypadku nawet bardziej, starając się dać jej oparcie, być źródłem psychicznej równowagi itd.; prawdziwa miłość przyjmuje drugiego takim, jakim jest, razem z jego problemami i ułomnościami (chociaż nie oznacza tolerancji wobec zła moralnego, gdy np. narzeczony jest złodziejem)


andalo |
2009-07-10 14:43:48 | 62.111.245.106
  owszem, książka jest schematyczna i nie daje cudownych i gotowych recept na wszystko. i też skłania do pewnego rodzaju manipulacji. ale jej przesłanie ogólne jest takie: dbaj o swoje granice. dbaj o poczucie swojej wartości. bądź sobą i nie rezygnuj z siebie w związku. jasne, podaje schemat, ale należy pamiętać, że schemat jest modelem idealnym, czyli rzeczywistością maksymalnie wyabstrahowaną do granic możliwości we wszystkich wymiarach.
i tak:
1. niezależność - chodzi o pilnowanie swoich granic, które przejawiają się często w codziennych sytuacjach
2. nie ugania się za nim - my kobiety mamy często tendencję do częstego podtrzymywania kontaktu z mężczyznami, których lubimy i do dawania siebie. dopóki jednak sytuacja damsko-męska nie jest klarowna (związek), zbyt duże dawanie z siebie rodzi niechęć z tej drugiej strony. wielokrotnie testowane przeze mnie i koleżanki.
3. jest tajemnicza - czyli nie dzieli się od razu wszystkim, a stopniowo wprowadza w swój świat.
4. jest przy nim zawsze opanowana - a który facet umie sobie poradzić z płaczącą kobietą?
5. w pełni dysponuje swoim czasem - chodzi o to, że pilnuje harmonogramu swoich zajęć. czyli: jak mam basen we wt i cz to z niego nie rezygnuję, poza wyjątkowymi okolicznościami. faceci jakoś nie rezygnują ze swoich zajęć, no chyba, że są już bardzo, bardzo zakochani.
7. zachowuje poczucie humoru - chodzi o to, że nie ma ciągle stękać i marudzić.
8. ceni się wysoko - ma swoje poczucie własnej wartości i nie daje sobie wmówić, że jest inaczej. są panowie, którzy dowartościowują się wmawiając swoim kobietom, że są do niczego na różne sposoby. (panie też takie są)
9. ma inne pasje poza nim - jestem zdania, że część rzeczy trzeba dzielić, ale część musi być tylko twoja - żeby nie wypalić związku. nie wyobrażam sobie zmuszenia faceta do udziału w kursie robienia biżuterii albo aquaaerobiku ;-) i o ile z biżuterii można jeszcze zrezygnować, o tyle z zajęć ze względu na zdrowie, już nie.
10. traktuje swoje ciało jak precyzyjnie wyregulowaną maszynę - zgoda, to nie brzmi dobrze. ale ogólnie chodzi o to, żeby dbać o siebie na rozsądnym poziomie.

Powiedz mi, czy bardziej szanujesz kobietę, która wie, czego chce i umie postawić granicę, czy taką, która jest na każde Twoje wezwanie, we wszystkim Ci ustępuje, we wszystkim się poświęca i cokolwiek zrobisz - nawet jeśli ją obrazisz czy skrzywdzisz - będzie za Tobą chodzić jak pies?


eliasz |
2009-07-09 20:39:22 | 89.77.143.61
  na końcu miało być:

"której z Bożą pomocą chce się pozostać wiernym aż do końca."


eliasz |
2009-07-09 20:38:16 | 89.77.143.61
  Pełna zgoda.

Prawdziwa relacja z drugim człowiekiem zaczyna się tam, gdzie kończą się gierki i manipulacje, w których jest on jedynie "obiektem" do "zdobycia" i "utrzymania".

Zaczyna się też tam, gdzie obie strony zaczynają postępować nie według reguł zorientowanych na własne "ja" ("atrakcyjności", "niezależności" itp.), ale według reguł miłości ("miłość cierpliwa jest, łaskawa jest ... nie szuka swego").

Zaczyna się wreszcie prawdziwie tam, gdzie miłość wzajemna oparta jest na prawdzie i na Chrystusie, gdzie dwoje ludzi decyduje się na całkowity, nieodwołalny i trwały dar z siebie, aby stanowić prawdziwą jedność, umacnianą łaską sakramentu małżeństwa. Tam, gdzie miłość jest nie tylko uczuciem, ale także świadomą decyzją, której z Bożą chce się pozostać wiernym aż do końca.


wiolka |
2009-07-08 19:00:57 | 212.14.30.28
  Masz rację, Jaremo :)
Wszelka sztuczność nie popłaca. Nie tylko w dłuższej perspektywie.
Chyba nikt nie chciałby być obiektem manipulacji i gry pozorów.
Budowanie nieprawdziwego wizerunku powoduje rozczarowania i w konsekwencji rozstania.

Tajemnica bywa intrygująca, ale cóż się stanie po zrzuceniu maski sztuczności?
Partner ucieknie z krzykiem :)

Mam wrażenie, że cytowane przez Ciebie schematy zachowań wymyślają osoby rozczarowane życiowymi niepowodzeniami.
Kolorowe pisma pełne są podobnych głupot sprzedawanych jako cudowne recepty na wszelkie możliwe okazje.
Tylko odrobina dystansu do siebie i krytycznego spojrzenia na medialną papkę może uratować resztki zdrowego rozsądku.


Marcin od m |
2009-07-08 12:17:36 | 77.114.187.163
  oboje bawiliśmy się przednio!