|
Siostry wyzwalaczki i wielkie potęgi 1. Wczoraj w "Trójce" u Jerzego Sosnowskiego była rozmowa o "Białej wstążce" Michaela Hannekego. Film opowiada o straszliwych okrucieństwach (chyba ulubiony temat Hannekego), jakich dopuszczały się dzieci w pewnej niemieckiej wiosce w 1913 roku. Dopuszczały się ich zaś - według komentatorów - nie ze względu na jakikolwiek wybór zła, a tylko dlatego, że były wychowane w surowych, chrześcijańskich rodzinach. Dorośli są w filmie bezdusznymi potworami. Jednak nie film jest najważniejszy. Jerzy Sosnowski zaprosił do studia Katarzynę Miller, psychoterapeutkę oraz Jerzego Wróblewskiego, krytyka filmowego. I o tym chciałem napisać - jak to w naszym pluralistycznym radiu tylko niektóre poglądy mają szansę prezentacji. Goście stwierdzili całkowicie zgodnie, iż przyczyną zła jest "patriarchat" (pani Miller: "Na szczęście nasze siostry nas wyzwoliły, i my mamy obowiązek robić to dalej") i "absolutyzacja wartości". Kiedy Sosnowski próbował powiedzieć, że ma już dość tej serii podobnych do siebie filmów, walących w chrześcijaństwo jak w bęben w sposób bardzo stereotypowy, goście automatycznie zmienili temat i stwierdzili, że oczywiście w tym filmie chodzi o coś dużo więcej. To jednak była tylko przygrywka. Niepoprawny prowadzący próbował bąknąć coś na temat zbyt łatwego usprawiedliwiania przestępców przez sądy i opinię publiczną, która chciałaby zwalić całą winę na społeczeństwo. Wtedy pani psychoterapeutka się zagotowała: "Jestem przekonana, że to, co teraz powiedziałeś, to była prowokacja, bo wiem, że nie mógłbyć czegoś takiego poważnie powiedzieć. To jest straszliwy stereotyp! Przestępca ma tak strasznie, że sobie tego nie wyobrażasz!!!". Zapewne - tego już nie dodała - dużo gorzej od ofiary. Cóż innego miał zrobić Sosnowski, jak stwierdzić, że owszem, to była tylko prowokacja... Owszem, potworne, potworne chrześcijaństwo, koszmarne okrucieństwo i chłód - zwłaszcza w rodzinach moich katolickich babć i cioć, które były radosne, nosiły halki, kochały walce, karmiły zwierzęta i ptaki (a nie zakłuwały ich nożyczkami, jak u Hannekego)... I jeszcze jedna refleksja: chyba nie żyjemy już w czasach "absolutyzacji wartości", a jednak pani Miller w pewnym momencie zadumała się, jak to zło cały czas działa, jak to ludzie nic się nie uczą mimo postępu technicznego... Może "siostry" powinny wejść jeszcze dalej na barykady? 2. Ze spraw weselszych: co łączy te kraje?
Te wielkie potęgi piłkarskie wszech czasów są wyżej od Polski w rankingu FIFA. Tagi: film, religia, sport, egoizm, piłka nożna, media, biała wstążka, hanneke piekutowski 2009-11-20 16:03:20 skomentuj (0) Układ nożny, salonowy Z wywiadu z Beenhakkerem z "Magazynu Sportowego": - Czyli problem leży w słabości polskiej ligi i naszych klubów? - Nie, to nie jest problem. To jest kwestia edukacji trenerów i tworzenia warunków do pracy z młodzieżą, która nie jest prowadzona i wychowywana zgodnie z zasadami obowiązującymi w nowoczesnej piłce. (...) Rewolucja nie jest możliwa z Piechniczkiem i Latą? - Nie. Oczywiście, że nie. Ponieważ oni chcą tylko utrzymać się przy władzy, zachować układ. Polską piłką rządzi interes osobisty. *** Ciekawe, że dotąd większość mediów niszczyła i ośmieszała wszystkich, którzy zauważali różne układy. Jesteście brzydcy, niewykształceni i z małych ośrodków, zazdrościcie tym, którym się udało - taki przekaz można było otrzymać. A tu przychodzi ktoś z "cywilizowanego kraju" i mówi to samo. Patrzcie państwo! Wszystkim, którzy liczą na układy i układziki, dedykuję piosenkę Salonu Niezależnych z zupełnie niezwykłymi "rymami żółtymi" i przesunięciami akcentowymi. Jak dla mnie był to najgenialniejszy polskiego kabaret poza Mumio i może Tey'em. Jeżeli ktoś stwierdzi, że piosenka jest nie na temat, to niech sobie tak twierdzi dalej, nie będę mu przeszkadzać. CHODŹCIE TU, KOLEDZY (muz. trad., sł. Jacek Kleyff, wyk. Jacek Kleyff, Michał Tarkowski, Janusz Weiss) -Chodźcie tu, koledzy, podrzucę was. -Ale czy, kolego, nie puścisz nas? - Nie puszczę was, przecież pilnuję, Czy celnie upadacie mi na ręce! Raz dwa trzy, raz dwa trzy, hop! Raz dwa trzy, raz dwa trzy, hop! - Więc widzicie, dobrze idzie nam: Ćwiczenia gimnastyczne umilą czas. - To teraz, kolego, my ciebie. - Ale, koledzy, ja dużo ważę! - Ach, nie bój się, przecież jesteśmy tu. Szykujemy ręce, by schwycić twój tułów! Raz dwa trzy, raz dwa trzy, hop! Raz dwa trzy, raz dwa trzy, hop! (tu rozlega się odgłos długiego lotu w i - na koniec - potężnego uderzenia w podłogę). Tagi: polityka, sport, praca, piłka nożna, układ piekutowski 2009-11-15 00:36:28 skomentuj (3) Władca Pierścieni nierealny? Przy okazji rozmowy z pewną Panią Pielęgniarką zastanawialiśmy się, czy świat przedstawiony przez Tolkiena we "Władcy Pierścieni" jest nierzeczywisty. Swego czasu słyszałem podobne wypowiedzi pewnej Pani Inżynier, która stwierdziła, że nie czyta nic, co byłoby "niezwiązane z rzeczywistością" (ciekawe, że tego typu opinie częściej spotykam właśnie u Pań, niż u Panów). Ale czy te historie są faktycznie nierealne? Doszedłem do zupełnie odwrotnych wniosków. Dlaczego świat Władcy Pierścieni jest moim zdaniem bardziej realny niż ten świat, w którym żyjemy? Dlatego, że odwołuje się do najważniejszej rzeczywistości w życiu, której na co dzień często nie widzimy. Pokazuje, że mamy się wybrać - każdy z nas we własną podróż (Frodo), że mamy pewne konkretne zło, z którym możemy walczyć (Aragorn, Gandalf) lub mu się poddać (Gollum), że jest pewne konkretne dobro, i możemy je wybierać (Arwena, Frodo) - a tzw. "rzeczywisty" świat zamydla to wszystko, więc jest właśnie nierealny. Przestaje mieć znaczenie, co najwyżej ma tylko takie, jakie sami mu arbitralnie nadamy... Tymczasem świat jest pełen znaczeń i symboli, choć wielu z nas nie umie ich dostrzegać. Tagi: literatura, życie, dobro, zło, głupota, tolkien, mądrość, władca pierścieni piekutowski 2009-10-29 14:40:05 skomentuj (5) Większa kultura Uwaga: tu był fragment o basenie, który jednakże wycinam ze względu na otrzymane od Tomka sprostowanie nieprawdziwej informacji, jaką otrzymałem od obsługi basenu. Obyśmy w nim wszyscy popływali! Zaczynam zmieniać zdanie na temat szczecińskiej kultury. Nie jest wbrew pozorom tak, że brakuje zapotrzebowania na kulturę. W momencie, kiedy jest coś naprawdę dobrego - ludzie walą drzwiami i oknami. Zorganizowano spotkanie z Antonim Liberą dotyczące Becketta. Chciałem dziś wziąć bezpłatną wejściówkę (dzień przed) - a gdzie tam, wszystko rozeszło się na pniu! Bilety na spektakl wg Almodóvara z Jandą rozeszły się za astronomiczne kwoty. My chcemy kultury i sportu. Tylko chcemy Kultury przez duże K, a nie szczecińsko-meklemburskich popierdółek-podróbek. Tagi: sport, kultura, szczecin, basen, libera, beckett piekutowski 2009-10-26 15:48:37 skomentuj (3) Paris, Paris... (cz. 2) Gabaryty, gabaryty, gabaryty. Wielkie place, szerokie ulice, parki jak boiska piłkarskie, długaśne linie metra. Jak mówiłem - nie na ludzką miarę, choć Paryż to pomnik wystawiony Człowiekowi i jego możliwościom, w przeciwieństwie do Rzymu, który jest pomnikiem wystawionym bogom pogańskim i Bogu chrześcijańskiemu. Paradoks? A może właśnie wszystko się zgadza - jeżeli nie oddamy pokłonu Bogu, który jest "nie z nas", to wszystko zaczyna być nie na ludzką miarę? Dopiero po wdrapaniu się na Montmartre można było trochę odpocząć. Stacja metra, na której się zatrzymałem, to słynny Plac Pigalle. Nie było tam kasztanów, za to niezwykle namolne prostytutki i (najczęściej czarni) naganiacze, gotowi omotać swoją siecią każdego, kto wygląda na turystę. Ja, niestety, wyglądałem, więc musiałem biegać po Boulevard de Clichy slalomem między wielkimi, zwalistymi Afrykańczykami, i paniami nadgryzionymi już mocno zębem czasu. Na szczęście w końcu odetchnąłem na wzgórzu artystów. ![]()
Czy jednak artystów? Dawno minęły czasy, kiedy po Montmartrze spacerowali Van Gogh, Utrillo, Degas czy Toulouse-Lautrec. Krąży tam natomiast sporo podejrzanych typów, którzy chcą zaproponować turystom portret. Matko Boska, co za pacykarze! Naprawdę nie ma pychy w stwierdzeniu, że gdybym sam usiadł i zaczął portretować, nie byłbym zgoła najgorszym z tych, którzy zarabiają ołówkiem i węglem na Montmartrze. "Kolorowy świat Pacyka" przy tym to mistrzostwo świata! Dzielnica sama w sobie bardzo przyjemna, z ciasnymi uliczkami, restauracjami, kawiarenkami i sklepikami. Kończy się zaś potężną bazyliką Sacre-Coeur.
Wokół bazyliki pełno turystów i - jak w wielu miejscach Paryża - pełno ludzi, którzy chcą wyciągnąć od nich gotówkę. Niestety dałem się na to zrobić grupie Murzynów (jak twierdzili - pochodzących z Jamajki, czym mnie może ujęli - Bob Marley i te sprawy), którzy wcisnęli mi jakąś ręcznie dzierganą opaskę - i od tej pory nauczyłem się rozpoznawać tego typu maszynki do wyciągania monet, i automatycznie przyśpieszałem kroku. Nie wchodziłem jednak do wnętrza bazyliki. Zbyt duże tłumy. Wybrałem się za to na Mszę Świętą do niewielkiego kościoła St.Pierre, znajdującego się na zapleczu Sacre-Coeur. I było to niezwykłe zdarzenie. Msza odprawiana była w malutkiej kapliczce, w bocznej nawie. Kilkanaście ławek, każda z nich mieszcząca może trzy osoby; i tak było jednak mnóstwo wolnego miejsca. Poza mną na Mszę przyszły cztery osoby - trzy starsze panie i starszy pan. Ksiądz, jak łatwo było się domyślić, też do młodych nie należał. Ale urzeczony byłem jego żarliwością. Msza była śpiewana, części stałe w znanej wersji gregoriańskiej. W każdym słowie wypowiadanym przez kapłana słychać było wiarę i nadzieję (choć niewiele zrozumiałem z kazania). Żadnych udziwnień liturgicznych, o których słyszałem od wielu ludzi wyjeżdżających na zachód. Śpiewałem razem z tymi starszymi ludźmi, wzruszony głęboko - oto jest jakieś wielkie Piękno i Dobro, które już przestało być masowe, które skurczyło się, schowało się w kącie wielkiej budowli, jak ledwo tlący się płomyk. Ja jestem tam jedynym młodym - jednym z powierników tego Zadania: żeby ten płomień przenieść dalej. Znów zanieść go Francuzom, Niemcom, Belgom.
Byłem jeszcze w wielu miejscach w Paryżu. Spotkałem się ze starym kumplem z podstawówki, Piotrem (świetnie mówi po polsku!), jeździliśmy nocą po Place Vendome, po Montparnasse; widziałem La Defense - miasto przyszłości, zagubiłem się w uliczkach Ile de la Cite (z katedrą Notre Dame) i Ile de St.Louis; odwiedzałem Centre George Pompidou z idiotyczną wystawą "sztuki kobiecej" pt. "Elles @ Centre Pompidou" (o rety, jakie pacykarstwo) i wspaniałe Musee D'Orsay z niezwykle ciekawym cyklem Maxa Ernsta "Tydzień dobroci" i obrazem, który jest dla mnie najważniejszym dziełem tej podróży: "Angelusem" Jeana-Francoisa Millet.
Może jeszcze kiedyś, przy okazji, coś o tym napiszę. Tagi: podróże, religia, malarstwo, paryż, francja piekutowski 2009-10-10 17:18:58 skomentuj (4) Stasiukowych spraw ciąg dalszy Pisałem przed chwilą o Stasiuku, a tu wczoraj u braci D. zdarzyło mi się obejrzeć film o wyżej wymienionym pt. "Człowiek zwany Świnią" (TUTAJ) Nie powiem - wrażenie ogromne. Dlaczego? Bo pokazuje człowieka, który w życiu idzie za głosem swojego serca, który jest wolny wewnętrznie i zewnętrznie, i dzięki temu może mówić, co chce, nie boi się powiedzieć prawdy, nie boi się pośmiać z własnych tekstów (po przeczytaniu fragmentu "Murów Hebronu" komentuje: "Ja p...., co za chała..."). Bo człowiek wolny nie boi się prawdy. Podobnie było z Miłoszem pod koniec życia. Chyba jako jedyny pisarz (a przynajmniej jeden z niewielu) potrafił jasno podsumować niektóre swoje dokonania z czasów komuny: "Uprawiałem prostytucję". Podobne wrażenie po lekturze "Dzienników" Kisielewskiego. Genialna książka. Spadkobierca przedwojennej inteligencji, władający lekkim i ciętym piórem - ale nie to jest najważniejsze. To przede wszystkim człowiek, który nie bał się opinii innych i potrafił mówić prawdę najprostszymi słowami: że PRL jest zły, że ZSRR jest zły, że komunizm jest zły, że lewacy na Zachodzie nie rozumieją Polski. Potrafił śmiać się z własnych błędów. I jeszcze jedna obserwacja: Kisiel nie kręci się w dzienniku wokół samego siebie - nawet o własnych zdarzeniach życiowych pisze jednocześnie bardzo szczerze i z ogromnym dystansem. Nie jest produkt społeczeństwa psychologicznego. Nie wikła się w różne skomplikowane analizy osobowościowe, ale zajmuje się głównie tym, co na zewnątrz niego. I może dlatego tak dobrze się go czyta. Wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze zintegrowaną osobowością. Tfu, okropny język, ale już sam - jako produkt społeczeństwa psychologicznego - nie potrafię inaczej... Tagi: literatura, wolność, psychologia, stasiuk, kisielewski piekutowski 2009-10-01 21:05:26 skomentuj (0) Wszyscy czytają Stasiuka, Masłowską, Kuczoka i Witkowskiego... ...a ja zajrzałem do Brulionowej dyskusji z początku lat 90. na temat poezji Herberta ("Kamienny posąg Komandora"), z udziałem Mariana Stali i Tadeusza Komendanta. Ten drugi, uchodzący za jednego z najważniejszych krytyków literackich, wynosi pod niebiosa takich prozaików, jak Marek Bukowski i Andrzej Łuczeńczyk. Jego pobratymiec z "Twórczości", Henryk Bereza, za objawienie uznawał niegdyś prozę Pawła Przywary i Marka Słyka. Ilu ludzi pamięta dziś o Łuczeńczyku, Bukowskim, Przywarze i Słyku? Tylu, ilu będzie pamiętać za 50 lat o Masłowskiej, Witkowskim i Kuczoku (Stasiuka może stąd wyjmijmy, bo w "Dukli" pokazał, że umie pisać). A ja czytam "Kantyczkę dla Leibowitza" Waltera M.Millera. Sajens fikszyn (tfu!). Żaden ze mnie znawca literatury, nie chce mi się grzebać po bibliotekach za wydanymi w latach 80., rozklejającymi się i pogryzionymi przez mole książkami niejakiego Łuczeńczyka. Tagi: literatura, sztuka piekutowski 2009-09-22 09:02:12 skomentuj (2) |
||||
|